5 czerwca 2010 roku Wisłoka osiągnęła stany, które na długo zapisały się w pamięci mieszkańców regionu. To był moment kulminacyjny wielkiej wody, która od połowy maja paraliżowała Podkarpacie.
Po intensywnych opadach deszczu rzeka gwałtownie wezbrała, a sytuacja w dolinie Wisłoki stawała się z godziny na godzinę coraz bardziej napięta. W rejonie Mielca i gmin sąsiednich woda przekraczała stany alarmowe, a służby prowadziły nieprzerwaną walkę o utrzymanie wałów i zabezpieczenie zagrożonych terenów.
Woda blisko domów i niepewna noc
W kulminacyjnym momencie fala powodziowa zbliżała się do Mielca i miejscowości położonych wzdłuż Wisłoki. Zalewane były łąki, pola oraz tereny przybrzeżne, a w wielu miejscach woda podchodziła pod drogi i zabudowania. W gminach takich jak Wola Mielecka czy Podleszany dochodziło do lokalnych podtopień i ewakuacji pojedynczych gospodarstw.
Dla mieszkańców był to czas niepewności i ciągłego śledzenia komunikatów. W wielu domach nie gasły światła – ludzie czekali na rozwój sytuacji, nie wiedząc, czy wały wytrzymają napór wody.
Wielka akcja służb
Na terenie powiatu mieleckiego działały wówczas dziesiątki zastępów straży pożarnej. Strażacy umacniali wały, układali worki z piaskiem, wypompowywali wodę z zalanych posesji i wspierali mieszkańców w zabezpieczaniu dobytku.
W działania zaangażowane były również jednostki spoza regionu. Sprzęt specjalistyczny i pompy dużej wydajności sprowadzano z wielu części kraju. Akcja miała charakter masowy i trwała nieprzerwanie przez kolejne dni.
Skutki, które zostały na długo
Choć w samym Mielcu udało się uniknąć najczarniejszego scenariusza, powódź z 2010 roku pozostawiła po sobie liczne straty w gospodarstwach rolnych, infrastrukturze i na terenach wiejskich. Woda wtargnęła na łąki i pola uprawne, niszcząc plony i podtapiając budynki gospodarcze.
W całym regionie podkarpackim powódź dotknęła dziesiątki tysięcy osób i tysiące gospodarstw, a jej skutki były odczuwalne jeszcze długo po opadnięciu wody.
Komentarze (0)