reklama

Krzysztof Łętocha przed derbami Podkarpacia: Moim faworytem jest Stal Mielec [WYWIAD]

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Krzysztof Łętocha przed derbami Podkarpacia: Moim faworytem jest Stal Mielec [WYWIAD] - Zdjęcie główne
Opis: Krzysztof Łętocha przed derbami Podkarpacia

reklama
Udostępnij na:
Facebook
SportPrzed derbami Podkarpacia pomiędzy Stalą Mielec a Stalą Rzeszów porozmawialiśmy z Krzysztofem Łętochą – byłym piłkarzem obu klubów, który w przeszłości pracował w nich również jako trener. W rozmowie opowiedział m.in. o swoich wspomnieniach z kariery zawodniczej, wskazał faworyta sobotnich derbów, ocenił rewolucję w Stali Mielec oraz odniósł się do rynku lokalnych szkoleniowców.
reklama

Krzysztof Łętocha o derbach Podkarpacia, rewolucji w Stali Mielec czy swojej przyszłości

Szymon Markulis: Przed sobotnimi derbami Podkarpacia chyba nie ma lepszej osoby do rozmowy na ten temat niż Pan. Grał Pan zarówno w Mielcu, jak i w Rzeszowie, pracował Pan przy Stali Mielec, pracował Pan jako pierwszy trener Stali Rzeszów. Jak wspomina Pan tamte lata swojego życia? 

Krzysztof Łętocha: Na pewno miło, że ktoś jeszcze pamięta o tamtych czasach. Minęło już wiele lat, ale rzeczywiście miałem okazję występować zarówno w Stali Rzeszów, jak i w Stali Mielec. Zawsze powtarzam, że w piłce nigdy nie wiadomo, gdzie zaprowadzi zawodnika jego droga. Do Stali Rzeszów trafiłem z Nowego Sącza i spędziłem tam około pięciu lat. W tamtym czasie była to 2. liga, odpowiadająca dzisiejszym rozgrywkom pierwszoligowym. To właśnie tam zostałem zauważony przez działaczy Stali Mielec i dostałem szansę gry na jeszcze wyższym poziomie. W tamtych latach transfery wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Kluby musiały ze sobą współpracować i dochodzić do porozumienia, ale relacje pomiędzy Stalą Rzeszów i Stalą Mielec układały się bardzo dobrze. Dzięki temu mogłem trafić do Mielca.

reklama

Historia później zatoczyła koło. Najpierw byłem trenerem Stali Mielec, później pierwszym trenerem Stali Rzeszów. Miałem okazję prowadzić oba zespoły również w derbowych spotkaniach. Pamiętam mecz w Mielcu, który wysoko przegraliśmy, choć dziś nie przypomnę sobie już dokładnego wyniku (4:1 dla Stali Mielec w 2013 roku przyp.red.). W rewanżu był mecz na Stali Rzeszów, gdzie Stal Mielec przegrała i to były takie potyczki derbowe, które mają fajny smaczek na Podkarpaciu. 

Który okres z kariery zawodniczej, bo od niej zaczniemy, wspomina Pan lepiej – grę w Rzeszowie czy w Mielcu?

Do Mielca trafiłem już jako ukształtowany zawodnik. Miałem około 25 lat i odpowiednie doświadczenie. Oczywiście z perspektywy czasu człowiek może powiedzieć, że gdybym wcześniej dostał szansę gry na najwyższym poziomie, być może moja kariera potoczyłaby się jeszcze inaczej. Nigdy jednak nie żałowałem obranej drogi. Nie byłem zawodnikiem wychowanym przez wielką akademię, bo takich w tamtych czasach praktycznie nie było. Wszystko musiałem wypracować sam. Jestem wychowankiem Sandecji Nowy Sącz, tam przeszedłem pierwszą szkołę piłki, występując w niższych ligach. Następnie trafiłem do Stali Rzeszów, gdzie przez pięć lat ciężko pracowałem i rozwijałem się jako zawodnik. Dopiero później przyszedł czas na transfer do Stali Mielec. Trudno wskazać ten klub który lepiej wspominam, Rzeszów był miejscem nauki i budowania swojej pozycji, natomiast Mielec otworzył przede mną drzwi do najwyższego poziomu rozgrywkowego. 

reklama

Jednocześnie był to bardzo trudny okres dla samego klubu. Trafiłem do Mielca w czasie przemian ustrojowych, na przełomie lat 1989 i 1990. WSK Mielec przechodziła transformację. To były bardzo trudne czasy pod względem organizacyjnym i finansowym. Różne były losy finansowe klubu, bo to też trzeba podkreślić. Notabene było też trudno, bo klub już jako klub był odłączony od WSK i była to osobna sekcja sportowa, która urzędowała na hali MOSiR. Były jeszcze sekcje siatkówki żeńskiej, które były na najwyższym poziomie, również sekcję piłki ręcznej. Każdy chciał trzymać tę najwyższą ligę. Myśmy się starali, przechodzili różne ciężkie koleje losu. Bywały sytuację, że czasami pół roku grało się bez finansów, dopiero na koniec sezonu było wszystko regulowane, ale ta ambicja, to chciejstwo bycia w tej najwyższej lidze dawało to, że się utrzymywaliśmy przez ten trudny okres.

reklama

O upadku klubu w latach 90-tych: Do dziś uważam, że stało się to zbyt wcześnie

Trafił Pan zatem do Mielca w momencie przemian, czyli ważnego historycznie wydarzenia, a odszedł Pan z niego tuż przed największym kryzysem w historii klubu, czyli tuż przed upadkiem - jest to pewna klamra. 

Tak. Odszedłem pół roku wcześniej. Nigdy nie traktowałem tego okresu jako straconego. Wręcz przeciwnie – występy w najwyższej lidze dały mi ogromne doświadczenie. Zawsze uważałem, że warto zmieniać środowisko, ale dopiero wtedy, gdy wcześniej wypracuje się swoją pozycję. Nie jestem zwolennikiem częstych transferów tylko po to, żeby zmienić klub. W moim przypadku właśnie tak było. Gdy sytuacja finansowa Stali Mielec stawała się coraz trudniejsza, zainteresowała się mną Wisła Kraków. Trafiłem tam pół roku przed wycofaniem drużyny z rozgrywek. Do dziś uważam, że stało się to zbyt wcześnie. W klubie był duży potencjał sportowy i organizacyjny. Myślę, że można było odbudowywać zespół nawet od trzeciej ligi.

reklama

Po przejściu do Wisły Kraków udało nam się wywalczyć awans do Ekstraklasy i ponownie znalazłem się na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Byłem już jednak zawodnikiem doświadczonym. W tamtych czasach panowało przekonanie, że piłkarz po trzydziestce powoli zbliża się do końca kariery. Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Najbardziej przykro było mi patrzeć na to, że Stali Mielec przez pewien czas w ogóle nie było na piłkarskiej mapie Polski.

Następnie minęło kilkanaście lat, Pan skończył karierę zawodniczą i poszedł Pan w karierę trenerską i pracował, tak jak już zostało nadmienione, zarówno w Rzeszowie jako pierwszy trener, jak i również w Mielcu, między innymi w strukturach Akademii. Zakładam, że jednak o ile ten czas piłkarski mógł być troszkę cenniejszy w Mielcu, o tyle ten trenerski raczej bardziej cenił Pan w Rzeszowie.

Jeszcze jako zawodnik zacząłem robić kolejne kursy trenerskie i zdobywać licencje. Nie chciałem zakończyć kariery i zostać z jednym dyplomem. Systematycznie zdobywałem kolejne uprawnienia i jednocześnie zbierałem doświadczenie w pracy z różnymi zespołami. Prowadziłem między innymi Pogoń Staszów, Kolejarza Stróże i kilka klubów z Małopolski. To był bardzo ważny etap nauki zawodu. 

Natomiast do Mielca wróciłem w momencie, gdy klub zaczynał nabierać wiatru w żagle, bo to trzeba szczerze powiedzieć, że po przyjściu na prezesa Pana Kawalca i dość mocno włączeniu się w to działanie klubu senatora Grzegorza Laty, ten klub zaczął powoli, powoli stabilizować się. Natomiast trzeba było to wszystko odbudowywać od tych najniższych lig i to było największym problemem, bo ktoś by sobie mógł wyobrazić, że nagle wróci jakichś kilku, trzech, czterech doświadczonych zawodników i będziemy, jak to mówię w przysłowiowej „bańce” wspinać się bardzo szybko do tych najwyższych lig. Piłka tak nie działa. Trzeba cierpliwie budować drużynę. Dobrym tego przykładem jest Wieczysta Kraków, tam widać, że samymi pieniędzmi nie da się przyspieszyć wszystkich procesów.

Do Mielca wróciłem już jako trener, ale i zawodnik jeszcze z początku natomiast od pewnego momentu już tylko trener. Prowadziłem zespół od IV ligi, później w III lidze. Przez kilka lat wspólnie odbudowywaliśmy klub. Później pracowałem również w innych miejscach, tak to życie trenera się układa. Bardzo dobrze wspominam Okocimskiego Brzesko. To była jedna z najciekawszych przygód w mojej karierze trenerskiej. Rzadko zdarza się sytuacja, kiedy trener dostaje pełne zaufanie, czas i możliwość spokojnego budowania zespołu od podstaw. W Brzesku tak właśnie było. Klub był stabilny finansowo, miał silnego sponsora i przede wszystkim cierpliwy zarząd. Pracowałem tam trzy lata. Po dwóch sezonach wywalczyliśmy awans do I ligi. Oczywiście później przyszły trudniejsze chwile, bo organizacyjnie klubowi było już bardzo ciężko funkcjonować na tym poziomie, ale ten okres wspominam bardzo dobrze.

Później wróciłem do Stali Rzeszów jako pierwszy trener. Tam również walczyliśmy o rozwój klubu, jednak – jak to zwykle w pracy szkoleniowca bywa – kiedy brakuje wyników, trener ponosi konsekwencje. Następnie ponownie trafiłem do Mielca, tym razem jako asystent trenera Janusza Białka. Razem awansowaliśmy ze Stalą do I ligi. Historia po raz kolejny zatoczyła koło, bo w okresie pandemii znów zostałem pierwszym trenerem Stali Rzeszów. To był już zupełnie inny klub niż ten, który pamiętałem z wcześniejszych lat. Po wejściu do Stali firmy Fibrain i prezesa Rafała Kalisza klub zaczął bardzo konsekwentnie się rozwijać. Widać to również dzisiaj – zarówno po pierwszym zespole, jak i po szkoleniu młodzieży.

Czym natomiast dziś zajmuję się Krzysztof Łętocha?

Od czterech lat pracuję w UKS SMS Mielec im. Grzegorza Laty w Mielcu. Koordynuję szkolenie w klasach od pierwszej do czwartej liceum. Oprócz tego prowadzę treningi i odpowiadam za organizację pracy trenerów. Kontroluję konspekty treningowe, analizuję pracę szkoleniową, obserwuję rozwój zawodników i pomagam trenerom w ocenie potencjału poszczególnych chłopaków. Można powiedzieć, że jestem również skautem. Obserwujemy zawodników nie tylko z Podkarpacia, ale także z sąsiednich województw. Jeżeli widzimy piłkarza z odpowiednim potencjałem, staramy się przekonać go do nauki i treningów w naszej szkole. To praca wymagająca, ale daje ogromną satysfakcję.

Którą pracę Pan woli, czy trenerską przy piłce seniorskiej, czy tą, którą obecnie się Pan zajmuje?

Powiem szczerze, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Cały czas odbieram telefony i pojawiają się propozycje pracy. Podchodzę jednak do nich spokojnie. Nigdy nie zaczynam rozmowy od pieniędzy. Najpierw chcę wiedzieć, jaka jest wizja klubu. Jakie cele chce osiągnąć? Jak wygląda organizacja? Jakie są możliwości finansowe? Co klub chce zrobić za rok, dwa czy trzy lata? Bardzo często słyszę: „przyjdzie trener, zobaczymy, co będzie”. Ja uważam, że tak nie da się pracować. Klub musi mieć określony plan rozwoju. Oczywiście w piłce nikt nie zagwarantuje wyniku, ale organizacja musi iść w parze z celami sportowymi. Dlatego przygotowuję szczegółowe projekty funkcjonowania drużyny, opisuję swoją wizję i przedstawiam ją zarządom klubów. Później decyzja należy już do nich. Cenię tych prezesów, którzy potrafią zadzwonić i powiedzieć wprost, że wybrali innego trenera. Gorzej, kiedy człowiek poświęca wiele godzin na przygotowanie planu, a później nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.

Mam już ponad sześćdziesiąt lat i należę do starszego pokolenia trenerów, ale nie oznacza to, że zamykam się na nowe rozwiązania. Wręcz przeciwnie. Lubię współpracować z młodymi szkoleniowcami. Podczas mojego ostatniego pobytu w Stali Rzeszów w sztabie pracowało jedenaście osób. Byli tam między innymi Marcin Wołowiec, Mateusz Stolarski, Daniel Myśliwiec czy Karol Zniszczoł. Każdy z tych trenerów wnosił swoją wiedzę i doświadczenie. Rolą pierwszego trenera jest jednak wyznaczenie jednego kierunku pracy. Sztab może mieć wiele pomysłów, ale ostateczna odpowiedzialność zawsze spoczywa na pierwszym szkoleniowcu.

Praca z młodzieżą potrafi dać podobną satysfakcję?

Zdecydowanie. Największą nagrodą jest moment, kiedy zawodnik, którego kiedyś zauważyłeś i pomogłeś mu się rozwinąć, trafia na najwyższy poziom. Tak było chociażby z Kubą Czerwińskim. Znalazłem go w Miliku koło Muszyny. Gdyby wtedy nie trafił na odpowiednich ludzi, być może jego historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Później oglądałem program w Canal+, w którym sam wspominał początki swojej kariery. To bardzo budujące uczucie wiedzieć, że miało się swój udział w rozwoju takiego zawodnika, który później grał w Legii Warszawa, Pogonii Szczecin, czy Niecieczy. Takie chwile dają trenerowi ogromną satysfakcję.

Czy w murach SMS-u rośnie dziś kolejny Jakub Czerwiński?

Mamy kilku bardzo ciekawych chłopaków. Zawsze jednak powtarzam im jedno – cierpliwość. Nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie moment wejścia do seniorskiej piłki. Jeden zawodnik debiutuje w wieku piętnastu lat, inny dopiero mając dwadzieścia pięć. Najważniejsze są systematyczność, praca i wytrwałość. Wielu młodych piłkarzy zbyt szybko się zniechęca. Jeżeli coś nie wychodzi, rezygnują. A przecież zawodnicy, którzy mają może trochę mniej talentu, ale więcej cierpliwości i charakteru, również potrafią dojść bardzo wysoko. Dzisiejsza piłka daje ogromne możliwości. Nawet na poziomie II ligi można dobrze zarabiać i rozwijać swoją karierę.

Wracając do kwestii związanej z tym sobotnim meczem, to kiedyś powiedział Pan w jednym z wywiadów, że jako zawodnik często rywalizowaliście Mielec kontra Rzeszów w różnych sparingach, jako trener również brał Pan udział w derbach Podkarpacia. Czy któreś z takich spotkań szczególnie zapadło Panu w pamięci po latach?

Jako trener zawsze kierowałem się zasadą pełnego profesjonalizmu. Kiedy pracuje się w danym klubie, trzeba angażować się w stu procentach i zostawić sentymenty na boku. Oczywiście sentyment pozostaje, zwłaszcza do Stali Mielec, bo ten klub bardzo wiele mi dał. Zostałem w Mielcu, tutaj mieszkam i raczej nie planuję się stąd wyprowadzać – chyba że kiedyś, już na emeryturze, za granicę. Kibicuję jednak wszystkim klubom, z którymi byłem związany. Trzymam kciuki za Stal Mielec, za Stal Rzeszów, a także za Wisłę Kraków. To miejsca, które odegrały ważną rolę w mojej piłkarskiej karierze.

Natomiast wracając do pytania, te dwa mecze z sezonu 2012/13 utkwiły mi w pamięci szczególnie. Raz wygrała Stal Mielec za trenera Gąsiora, gdzie i mój syn okazał się być naszym „katem”, strzelił nam 2 bramki. W drugiej rundzie natomiast w Rzeszowie to my zwyciężyliśmy 2:0 i się zrewanżowaliśmy. Za moich czasów piłkarskich nie graliśmy ze sobą bo graliśmy na różnych poziomach rozgrywkowych, mecze towarzyskie rozgrywane były w każdym roku praktycznie jednak to inny rodzaj spotkania. 

Jak zapatruję się Pan na to najbliższe spotkanie derbowe?

Derby rządzą się swoimi prawami. To może wyświechtany slogan, ale w takich meczach naprawdę trudno cokolwiek przewidzieć. Patrząc jednak na obecną sytuację, więcej argumentów ma Stal Mielec. Po remisie z Podbeskidziem ma już cztery punkty, natomiast Stal Rzeszów nadal czeka na pierwszą zdobycz. Z drugiej strony w derbach ogromne znaczenie ma dyspozycja dnia. To, co trenerzy przygotują przed meczem, musi później znaleźć odzwierciedlenie na boisku. Nie jestem zwolennikiem oceniania zespołów po dwóch kolejkach. Zawsze powtarzałem, że dopiero po około dziesięciu meczach można spojrzeć w tabelę i ocenić, w jakim kierunku zmierza drużyna. Dzisiaj wszyscy chcą wyciągać wnioski bardzo szybko – kibice, działacze, media – ale piłka wymaga cierpliwości.

Ludzie nie są jednak cierpliwi: włodarze, kibice, trenerzy.

Na pewno tak, ale pewne rzeczy muszą się wykuwać na boisku. Wszyscy mówili o Stali Mielec, że to drużyna, która zbiera się na ostatnią chwilę itd., sparingi nie napawały optymizmem. Ja powtarzam zawsze, że sparingi to jest całkowicie inna bajka, mecze ligowe są całkowicie inną bajką i tutaj Stali Mielec ma teraz 4 punkty. Wiadomo, że jest niedosyt, bo po 3:0 w pierwszej połowie z Podbeskidziem można było telewizor wyłączyć czy wyjść ze stadionu i jak ktoś się zdziwił później po 45 minutach, przyszedł na stadion z powrotem pod koniec i mówi, no albo ta tablica kłamie, albo coś tu się stało niespotykanego. Na tym poziomie uważam, że nie powinno do tego dojść, bo to jest jednak już poziom bardzo wysoki. Mistrzostwa Świata zweryfikowały jednak co się może stać w 3 minuty na boisku, Argentyna potrafiła rozstrzygnąć na swoją korzyść wynik meczu na przykład z Egiptem, natomiast tutaj w Mielcu było to rozłożone w czasie.

Obie drużyny wydają się mieć swoje argumenty, o których można wspomnieć. Stal Mielec ma więcej doświadczenia, jeśli chodzi o zawodników, są Piotr Wlazło, Krystian Getinger, Kamil Kościelny, Bartosz Kwiecień czy Maciej Gostomski, natomiast Stal Rzeszów pomimo bardzo młodej kadry ma bardzo doświadczonego trenera w postaci Marka Zuba, trener Skiba z kolei dopiero zaczyna i jest to jego pierwszy sezon na tym poziomie.

Powiem tak, trenerzy są do momentu odprawy w szatni, do tej linii bocznej przy boisku. Zawsze powtarzam, że piłka nożna, szczególnie w naszym polskim wydaniu jest weryfikowana w momencie, gdy sędzia zagwizdnie i ta kula się przetoczy na ośrodku boiska. W ten czas wszystko się weryfikuje. Trener jest do linii, trener może mieć pewne zasady, może podejmować decyzję w szatni, może ustalić najlepszą strategię, najlepszą taktykę, ale ja bym się tu jednak bardziej kierował ku temu, że Stal Mielec już ma jakieś punkty zdobyte i ma większe poczucie pewności siebie i dzięki temu ma lepszy punkt wyjścia. Tutaj trenerzy bardzo dużą rolę odgrywają, natomiast doświadczenie czasami przegrywa z młodością, z kolei młodość przegrywa z doświadczeniem, to jest takie może dziwne, że między trenerami rywalizacja jest, ale do tego momentu jak ta piłka zostanie w pierwszej minucie kopnięta i potem wszystko roztrzyga się na boisku.

"Na pewno oba zespoły się obserwują"

W zeszłym sezonie raz wygrała Stal Rzeszów, raz wygrała Stal Mielec. Czy to może być jeszcze jakimkolwiek punktem odniesienia biorąc pod uwagę tą rewolucję, do której doszło zarówno w Rzeszowie jak i w Mielcu?

Na pewno oba zespoły się obserwują. Czy założenia taktyczne z dwóch poprzednich meczów, w których raz wygrała jedna drużyna, a raz druga, będą miały znaczenie? Trudno powiedzieć. Doszło do bardzo dużych roszad w składach i wielu zmian, natomiast podejście do spotkania każdy trener ma już swoje. Teraz wszystko rozstrzygnie się w ciągu 90 minut. Mecze piłkarskie nie kończą się tak szybko jak zawody żużlowe, gdzie po kilkudziesięciu sekundach znamy wynik. W piłce trzeba poczekać do końcowego gwizdka. To będą derby rozgrywane w Mielcu, a atut własnego boiska zawsze ma znaczenie. Do tego Stal Mielec ma już cztery punkty i jest to pewien kapitał, który daje drużynie większy komfort.

Przy tym pojęciu rewolucja, choć Pan użył słowa roszady, chciałem się chwilkę dłużej zatrzymać. W Mielcu doszło do naprawdę wielu zmian, wpierw odszedł prezes Klimek, następnie krótką kadencję zaliczył Pan Jacek Cyganowski, a na końcu nowym prezesem został Marcin Kaczmarczyk. Międzyczasie odszedł również przewodniczący rady nadzorczej, Pan Krzysztof Kapinos, czyli bardzo ważna osoba w klubie. O czym to wszystko mogło świadczyć według Pana?

Powiem tak – zarówno Pan, jak i ja jesteśmy zdani wyłącznie na komunikaty, które przekazuje klub. Jakie były rzeczywiste przyczyny tych zmian, tego nie wiemy. Nigdy nie lubię odnosić się do komentarzy czy domysłów dotyczących finansów klubu albo jego perspektyw. Tego po prostu nie jesteśmy w stanie stwierdzić. Piłka nożna to dyscyplina, która cały czas ewoluuje. Nie ma momentu, w którym można powiedzieć: „zatrzymujemy się i organizujemy”. Każdy dzień przybliża albo do końca sezonu, albo do początku kolejnego. Dlatego trudno oceniać, czy prezes Klimek zrezygnował z takich czy innych powodów.

Zmian było dużo, ale najważniejsze jest to, co dzieje się na boisku. Dzisiaj kibice skupiają się przede wszystkim na wynikach drużyny. Nikt już nie mówi o zmianach w zarządzie czy radzie nadzorczej. Te tematy pojawiają się wtedy, gdy dochodzi do zmian organizacyjnych, a później schodzą na dalszy plan gdy wraca liga. Piłka nie lubi próżni. Wokół drużyny musi toczyć się życie organizacyjne, którym zarządza prezes – szuka sponsorów i buduje zaplecze finansowe klubu. Uważam, że poprzedni prezes trochę zamknął się w swojej bańce. Zawsze słyszeliśmy, że wszystko jest dobrze i jest poukładane, natomiast wynik sportowy nie szedł w odpowiednim kierunku.Moim zdaniem nie został w pełni wykorzystany potencjał gry Stali Mielec w Ekstraklasie. Trzeba było szukać sponsorów nie tylko w Mielcu, ale również poza miastem. Z tego co się orientuję, byli inwestorzy zainteresowani klubem. Czasami jednak zbyt długo czeka się z decyzjami, a jeśli ktoś chce zainwestować w klub, to trzeba takiego partnera docenić.

Dzisiaj wszystko przykrywają wyniki sportowe. My nie siedzimy w klubowej księgowości i nie wiemy, jak wyglądają finanse. Wiadomo jednak, że co miesiąc trzeba wypłacić pensje zawodnikom i realizować bieżące zobowiązania. Największym wyzwaniem działaczy jest znalezienie równowagi między dochodami a wydatkami. Piłka nie poczeka, aż klub uporządkuje swoje sprawy organizacyjne – rozgrywki toczą się cały czas. Patrząc na Ekstraklasę i 1 ligę, Mielec nie jest dużym i bogatym miastem. Wiele klubów opiera się na wsparciu silnych firm, które gwarantują stabilny budżet. W Mielcu jest o to trudniej. Dlatego uważam, że strategię klubu buduje się przede wszystkim poprzez grę na najwyższym poziomie. To właśnie Ekstraklasa jest magnesem dla inwestorów, którzy wcale nie muszą pochodzić z danego miasta. Natomiast samo miasto ma swoje ograniczenia i wiele innych wydatków, dlatego spięcie budżetu klubu zawsze będzie dużym wyzwaniem.

Jedną z pierwszych decyzji nowych władz było rozstanie z trenerem Ireneuszem Mamrotem i zatrudnienie trenera Damiana Skiby - zaskoczyło to Pana?

Nie chciałbym oceniać samej decyzji o zmianie trenera, bo nie znam wszystkich okoliczności. Od lat zwracałem jednak uwagę na jedną rzecz. Stal bardzo często sięgała po szkoleniowców z zewnątrz, mimo że w Mielcu mamy wielu trenerów z licencją UEFA Pro i dużym doświadczeniem. Nie piję tu do tego, że byłem na przykład ja i trzeba było wykonać telefon, natomiast chodzi o pewną filozofię działania.Kiedy klub przeżywa trudniejsze chwile, nagle przypomina sobie o trenerach z Mielca.Gdy sytuacja jest stabilniejsza, częściej szuka się nazwisk spoza środowiska. Tymczasem Mielec ma naprawdę wielu bardzo dobrych szkoleniowców. Można wymienić Janusza Białka, Włodzimierza Gąsiora, Tomasza Tułacza, Jakuba Kulę czy właśnie Damiana Skibę. Nie znam drugiego miasta tej wielkości, które miałoby tak liczne grono trenerów z najwyższymi licencjami.

Jeśli już jednak chodzi o trenera Skibę, oczywiście to początek jego samodzielnej drogi, ale jako asystent pracował z wieloma szkoleniowcami i zebrał cenne doświadczenie - obserował ich reakcję i wyciągnął swoję wnioski. Często mówi się o pierwszym trenerze, ale asystenci wykonują ogromną pracę. Przygotowują treningi, analizują przeciwników, uczestniczą w planowaniu całego procesu. To bardzo dobra szkoła zawodu. Teraz jednak wszystko zależy od niego. Musi wypracować własny styl pracy, podejmować własne decyzje i bronić ich wynikami.

Jak zapatruję się Pan na taką tezę, że lokalnemu trenerowi związanemu z klubem łatwiej jest pracować w klubie borykającym się z pewnymi problemami, na przykład finansowymi, ponieważ łatwiej mu to zaakceptować, gdzie z kolei trener trafaijacy z innej części Polski ma konkretne wymagania wchodząc do klubu i łatwiej jest mu się zrazić. 

Myślę, że może mieć łatwiejszy start. Zna środowisko, zna ludzi i rozumie specyfikę klubu. Najważniejsze jest jednak to, aby już podczas pierwszych rozmów z zarządem trener dokładnie wiedział, jakie są możliwości klubu. Nie można oczekiwać transferów za duże pieniądze, jeżeli budżet na to nie pozwala. Wszystko musi być jasno określone. Jeżeli klub mówi:„w tym sezonie spokojnie budujemy zespół”, to trener powinien wiedzieć, na czym stoi. Dużą rolę odgrywa również atmosfera w szatni. Często słyszymy po kilku porażkach, że atmosfera jest znakomita. Jeżeli jednak przegrywa się pięć czy sześć meczów z rzędu, to sama dobra atmosfera niczego nie załatwi. W piłce ostatecznie zawsze bronią wyniki.

Moim zdaniem jednym z błędów poprzednich lat był brak stabilnego szkieletu drużyny. Co rundę wymieniano bardzo dużą liczbę zawodników i każdy trener praktycznie zaczynał budowę zespołu od początku. Trudno stworzyć automatyzmy, jeżeli skład zmienia się niemal całkowicie co kilka miesięcy. Każdy klub powinien mieć grupę piłkarzy, którzy stanowią fundament drużyny, a dopiero do nich dobierać kolejnych zawodników.

Nowy trener postawił również na lokalny sztab szkoleniowy - dołączyli m.in. Bogusław Wyparło, Robert Mazur czy Andrzej Wójcik, chyba to jednak nie może dziwić. 

Na pewno są to trenerzy, którzy w jakiś sposób są już związani z mieleckim środowiskiem. Teraz najważniejsze będzie znalezienie wspólnego języka z drużyną, bo sztab szkoleniowy musi współpracować z zespołem, a nie tylko z pierwszym trenerem. Trenerowi mogą odpowiadać jego asystenci, ale to zawodnicy na co dzień pracują z całym sztabem. Oni doskonale czują, czy asystent cieszy się szacunkiem, czy jego podpowiedzi są trafne i czy pomagają drużynie. W pewnym sensie asystenci są przedłużeniem głosu pierwszego trenera na treningach i podczas meczu, dlatego ich rola jest bardzo istotna.

Uważam, że postawienie na trenerów z naszego środowiska to bardzo dobry kierunek. Oni, podobnie jak Damian Skiba, również zdobywają doświadczenie i praca na takim poziomie daje im dużą satysfakcję. To nie są trenerzy wypaleni, którzy przyjeżdżają do kolejnego klubu z myślą, że spędzą tu rok i zobaczą, co z tego wyjdzie. Im po prostu będzie bardziej zależało, żeby wszystko funkcjonowało we właściwym kierunku. Nie patrzyłbym też na to przez pryzmat oszczędności. O tym, czy taka decyzja była słuszna, nie będą decydowały kwestie finansowe, ale wynik sportowy. To on na końcu zweryfikuje pracę pierwszego trenera i całego sztabu szkoleniowego.

Krzysztof Łętocha o transferach: Z ocenami zawodników byłbym ostrożny

Jak ocenia Pan obecną kadrę Stali Mielec, która – jak wszystko wskazuje – jeszcze się zmieni w najbliższym czasie?

Na pewno to jeszcze nie jest zamknięta kadra. Każdy zawodnik ma swoją ścieżkę. Ci, którzy odeszli, uznali, że nie jest im po drodze z przedłużeniem kontraktu. Dzisiaj, po wygaśnięciu umowy, piłkarze mają dużo większe możliwości zmiany klubu niż kiedyś. Dawniej kluby musiały się między sobą porozumieć i nie było to takie proste.

Jeżeli chodzi o doświadczonych zawodników, wstrzymałbym się z oceną. Z czasem okaże się, czy ich powroty okażą się pozytywem. Dajmy sobie trochę czasu, żeby ich ocenić. Na pewno szukano zawodników, z którymi klub mógł dojść do porozumienia także pod względem finansowym, bo to również jest bardzo istotne. Ci piłkarze wyrazili chęć gry w Stali Mielec i na tym postawmy kropkę.

Z ocenami zawodników też byłbym ostrożny. Po jednym meczu będziemy zachwycać się ich grą, a po drugim kibice będą pytać, dlaczego trener ich nie zmienił. Dlatego uważam, że potrzeba trochę czasu. Doświadczenie takich zawodników jak Krystian Getinger, Kamil Kościelny czy innych piłkarzy, którzy trafili do Stali, na pewno może pomóc drużynie. Natomiast z ostateczną oceną poczekałbym jeszcze kilka kolejek.

Jednym z najgłośniejszych transferów był powrót Krystiana Getingera - jedni mówili, że Krystian w ogóle nie powinien z klubu odchodzić przed rokiem, z kolei drudzy że obecnie klub bazuję jedynie na sentymencie nie patrząc jak wyglądał on w zeszłym sezonie w Stali Stalowa Wola, do którego zdania Panu bliżej?

Trudno to ocenić, bo nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jakie były rozmowy prowadzonę w momencie kiedy Krystian odchodził z klubu. Nie wiemy, czy była to decyzja prezesa czy trenera. Piłkarz, który jest na miejscu, często chce jak najdłużej być w tym środowisku, ale czasami różne rzeczy się na to składają. Z drugiej strony nie można kierować się wyłącznie sentymentem. Nie może być tak, że ktoś nazywa się Getinger, mieszka w Mielcu od wielu lat i tylko dlatego ma tutaj być. Każdy zawodnik musi być oceniany przez pryzmat tego, co daje drużynie.

Jeżeli chodzi o jego powrót, to na pewno trzeba być cierpliwym. Zawodnicy w takim wieku jak Krystian grają w klubach pierwszoligowych, natomiast trzeba pamiętać, że przygotowanie do gry w 2. lidze wygląda trochę inaczej niż przygotowanie do 1. ligi. Jeżeli zawodnik schodzi z wyższego poziomu na niższy, a później chce wrócić, potrzebuje czasu, żeby ponownie wejść na odpowiednie obroty. Sam tego doświadczyłem jako zawodnik. Grając w Ekstraklasie, czyli dawnej 1. lidze, spadłem nagle do 3. ligi. To było jak zejście z nieba do piekła. Później chciałem wrócić na wyższy poziom i była to zupełnie inna rzeczywistość.

Takie rzeczy wymagają czasu i treningu. Letnia przerwa jest bardzo krótka, a odbudowanie pewnych elementów wymaga dłuższego procesu. Nie neguję tego, że w Stali Stalowa Wola Krystian trenował i pracował, ale teraz jest poziom 1. ligi i tutaj pewne rzeczy wyglądają inaczej. Dlatego dajmy zawodnikom czas. Nie wystawiajmy od razu laurek ani ocen. Doświadczenie takich piłkarzy jak Getinger czy inni zawodnicy, którzy wrócili do Stali, może być bardzo wartościowe, ale wszystko zweryfikuje boisko.

Patrząc na pierwsze podjętę decyzje przez nowego prezesa, nowej rady nadzorczej, Stowarzyszenia i sztabu szkoleniowego – w jakim kierunku może pójść Stal Mielec po tych zmianach?

Ja zawsze powtarzam, że nie chcę niczego wyrokować z góry. Trzeba dać temu wszystkiemu czas, żeby się poukładało i zaczęło funkcjonować. Natomiast nie możemy też popaść w stagnację i powiedzieć: wszystko się zmieniło, mamy prezesa, wybraliśmy komisję rewizyjną itp. i teraz już jest dobrze. Klub jest strukturą dynamiczną. Tak samo prezes – dzisiaj widzimy pierwsze działania, prezentację zawodników, organizację drużyny, ale najważniejsze są dalsze działania. Liga trwa, rynek zawodników cały czas funkcjonuje i trzeba być na nim aktywnym. 

Uważam, że struktura klubu nie powinna wyglądać tak, że wszystko opiera się na jednej osobie. Nie może być tak, że prezes odpowiada za wszystko. Powinien istnieć dział skautingu, ludzie odpowiedzialni za analizę zawodników, przygotowane rozwiązania, które później trener i prezes mogą oceniać i podejmować decyzje. Nie może to działać na zasadzie, że ktoś gdzieś odpadnie z innego klubu i wtedy nagle trafia do nas. Klub musi mieć swoją strategię i swoją pracę wykonaną wcześniej. Dajmy teraz czas nowym osobom, ale nie można myśleć, że wszystko jest już załatwione. Zmiany organizacyjne to jedno, natomiast później najważniejsza jest codzienna praca. 

Myślę, że z tej rozmowy powinien płynąć taki wniosek: praca, praca i jeszcze raz praca, a na oceny przyjdzie czas.

Nie można zadowolić się tym, co jest teraz. Trzeba patrzeć dalej – na przyszły sezon, na sponsorów, na ludzi, którzy mogą pomóc klubowi. To musi być spokojna, systematyczna praca od podstaw. Mam też nadzieję, że klub bardziej otworzy się na swoją historię. Czasami miałem wrażenie, że w Mielcu piłka kończy się na latach największych sukcesów, na drużynie z Grzegorzem Latą, Henrykiem Kasperczakiem czy Krzysztofem Rześnym. Oczywiście to były wielkie czasy, ale później również było wielu świetnych zawodników, reprezentantów Polski, ludzi związanych z klubem. Trzeba pamiętać o tej historii. Organizować spotkania z byłymi zawodnikami, bo klub to nie tylko teraźniejszość. To również ludzie, którzy tworzyli jego historię przez wiele kolejnych lat.

Na zakończenie –  mogę Pana poprosić o wytypowanie wyniku sobotnich derbów?

Bardzo trudne pytanie. Po ostatnim wyniku Stali Mielec można na to spojrzeć w dwie strony, ale powiem tak – moim faworytem jest Stal Mielec i uważam, że to ona rozstrzygnie to spotkanie na swoją korzyść. Nie chcę mówić konkretnego wyniku, ale wydaje mi się, że trzy punkty zostaną w Mielcu. Zawodnicy Stali Mielec mają komfort psychiczny. Gdybym sam był zawodnikiem, to pewnie wchodziłbym w takie spotkanie z większym spokojem i większym luzem. Stal Rzeszów ma za sobą dwie dość wysokie porażki, natomiast w derbach wszystko może się wydarzyć. Może się pomylę, może nie, zobaczymy w sobotę o 15:30.

Rozmawiał Szymon Markulis

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
logo