Szymon Markulis, KORSO.PL: - Zacznę od waszego ostatniego spotkania z Polonią Bytom. Co jest u Ciebie większe: zadowolenie z tak okazałego zwycięstwa czy jednak podirytowanie tym, jak łatwo tracicie bramki?
Bartosz Kwiecień, obrońca FKS Stal Mielec: - Na pewno mamy nad czym pracować, jeśli chodzi o błędy indywidualne. Zmienimy to i myślę, że będzie to tylko z korzyścią dla nas. Ale grając tak ofensywnie i strzelając tyle bramek, jak to się mówi, ta kołderka zawsze będzie gdzieś krótsza. Chyba wolę wygrać jednak 5:2 niż 1:0.
- Jesteście trochę fenomenem na ten moment tego sezonu. Ławka nie jest zbyt szeroka, w dwóch ostatnich meczach graliście bez nominalnego napastnika, a mimo to macie najwięcej goli w lidze i zajmujecie dość wysoką lokatę. Skąd, według Ciebie, wziął się tak udany start sezonu?
- Myślę, że mamy dobrze zbalansowaną kadrę i jasno określone zasady, które mamy wykonywać. Wiadomo, potrzebujemy jeszcze trochę czasu, żeby to wszystko funkcjonowało na takim poziomie, jakiego wszyscy byśmy sobie życzyli. Nie ma się co ukrywać, że jest dużo nowych twarzy w zespole. Sam jestem jedną z nich i tego czasu trochę potrzeba, żeby wszystko grało tak, jak każdy z nas by chciał.
Z każdym tygodniem jest jednak coraz lepiej, więc potrzebujemy tylko czasu i dalszej pracy, którą po prostu wykonujemy. Jak na razie ona działa i uważam, że nie powinniśmy schodzić z tej drogi.
- Z jakimi odczuciami w ogóle przychodziłeś do Mielca? Trafiałeś tutaj z podekscytowaniem czy może jednak z pewną dozą niepewności?
- Z podekscytowaniem, ale też z taką dozą niepewności, co się wydarzy. W momencie, gdy przychodziłem, nie było jeszcze u nas Marcina Cebuli, Tymka Gmura, Kamila Cybulskiego czy Sebastiana Musiolika, więc brakowało paru zawodników. Było ciężko, ale widziałem determinację ludzi w klubie, w szczególności trenera. Widziałem, ile miał spraw na głowie i jak to wszystko poogarniał.
Na ten moment wydaje mi się, że mamy fajną, wyrównaną kadrę, która krok po kroku powinna realizować swoje założenia. I tyle, bez żadnego huraoptymizmu, bo na to zapewne jest jeszcze za wcześnie.
- Wspomniałeś, że kiedy trafiałeś do klubu, nie było jeszcze wiadomo, jak do końca będzie wyglądała kadra. Docierały do Ciebie również głosy o zamieszaniu w gabinetach klubu? Była choćby jedna zmiana Prezesa, potem druga, zmiany w Radzie Nadzorczej. Zwracałeś na to uwagę czy raczej był to aspekt, który pomijałeś?
- Przyjechałem do klubu, przeszedłem testy medyczne i miałem podpisać kontrakt, ale tego dnia poprzedni Prezes już odszedł, odbyło się walne zebranie i nie było komu podpisać kontraktu. Dopiero dzień-dwa dni później przyszedł nowy Prezes i podpisał ze mną tę umowę.
Było więc trochę zamieszania, ale na ten moment organizacyjnie i pod każdym względem wygląda to naprawdę bardzo dobrze. Na pewno jestem z tego zadowolony. Baza, organizacja – wszystko jest na wysokim poziomie. Już wcześniej trener Mamrot mówił mi, kiedy z nim rozmawiałem, że właśnie w Mielcu jest naprawdę super, no i to się tylko potwierdza.
- Zakładam, że kluczową osobą w sprowadzeniu Ciebie do Mielca był trener Damian Skiba, z którym znasz się choćby z Miedzi Legnica. Pytałeś może jeszcze kogoś o klub? Wspomniałeś o trenerze Mamrocie. Był ktoś jeszcze, kto polecał Ci to mieleckie środowisko albo może ktoś odradzał?
- Odradzania nie było, ale uważam, że trener Skiba i na pewno Piotrek Wlazło mieli ogromny wpływ na to, że po prostu szybko zdecydowałem się na Mielec.
- Czyli rozumiem, że Piotr Wlazło jako kapitan też do Ciebie dzwonił i zapraszał tutaj do klubu?
- Jesteśmy prywatnie bardzo blisko, znamy się jeszcze z Jagielloni Białystok i trzymamy naprawdę super kontakt. Na pewno chciałem i było to gdzieś tam moim celem, małym marzeniem, żeby jeszcze pograć z którymś z moich przyjaciół. Na ten moment się udało z dwoma, więc jestem naprawdę szczęśliwy.
A głowa, szczęście i chęć do tego co się robi jest bardzo ważne. Może to być dziwne dla kogoś, że ktoś w piłkę gra i może mu się nie chcieć, ale były naprawdę takie sytuacje, tacy ludzie, którzy gdzieś tam mi to uprzykrzali. Teraz jest naprawdę super.
- Mówisz o jakimś konkretnym okresie, na przykład w Miedzi Legnica, czy jeszcze wcześniejszym?
- Może odpowiem po prostu pomidor.
- Rozumiem. Wspomnieliśmy tutaj trenera Damiana Skibę, więc chciałbym Cię o niego zapytać. My poznajemy go jako pierwszego trenera dopiero teraz. Jakie masz wrażenie na jego temat? Współpracowałeś z wieloma trenerami, najwięcej grałeś u trenera Mamrota, ale miałeś też kilku innych, którzy Cię prowadzili. Jak na ich tle wypada według Ciebie trener Damian Skiba?
- Ciężko jest porównywać, bo każdy trener w moim rozwoju i w mojej przygodzie z piłką miał jakąś fajną rolę, a też miał duży wpływ na moje ukształtowanie. Ciężko więc porównywać, ale o trenerze Damianie mogę powiedzieć na pewno, że jest świetny w tym, co robi, jest sprawiedliwy i ma pomysł na grę, w który wierzymy. Na razie przynosi to skutki i oby tak dalej. Chciałbym jednak podkreślić, bez żadnego huraoptymizmu, że ten sezon jest jeszcze długi i wiele może się wydarzyć, jak już nie raz pokazała piłka nożna.
- Chciałbym też zahaczyć jednym pytaniem o zeszły sezon. Sporo grałeś pod trenerem Mamrotem (ponad 100 spotkań) i chciałem potwierdzić, czy prawdą było to, że zeszłej zimy trener Mamrot chciał Cię namówić na transfer do Stali Mielec.
- Tak, gdzieś to nawet było blisko, ale koniec końców nie zdecydowano się i nie chciano, żebym odszedł z Miedzi, więc zostałem, ale jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze.
- Po tych kilku tygodniach w Mielcu, po czterech spotkaniach, jak oceniasz miasto, szatnię i kadrę, którą obecnie udało się zebrać w klubie?
- Pochodzę z podobnej wielkości miasta (Starachowice), może troszkę mniejszego, więc dla mnie super. Wszędzie blisko, na spacer z psem jest gdzie wyjść, sklep blisko, więc tak naprawdę nic więcej mi nie potrzeba.
A jeśli chodzi o klub, czuję się trochę jak w Kielcach. Tam było tak rodzinnie, wszyscy byli w jednym miejscu, z każdym się spotykałeś, każdego dnia po prostu widziałeś wszystkich – od marketingu, przez panie ze sklepiku, księgowe, po wszystkich innych. Po prostu tworzy się taki klimat, że codziennie się widzimy, porozmawiamy.
Poza tym szatnia – większość Polaków, więc atmosfera i dogadywanie się między nami jest dużo prostsze. Nie ma co ukrywać. Na razie ciężko coś znaleźć, żeby powiedzieć, że coś nie pasuje. I nie mówię tak dlatego, że tak trzeba mówić, tylko naprawdę tak jest.
- Wracając do kwestii sportowych – uważasz, że obecnie waszym większym atutem jest jakość na skrzydłach, którą udało się pokazać w tych pierwszych meczach za sprawą Tymka Gmura, Pawła Kruszelnickiego czy Kamila Cybulskiego, czy jednak doświadczenie, jakie macie w każdej formacji? Jesteś Ty, jest Piotr Wlazło, Maciej Gostomski, Krystian Getinger, teraz dołączył też Sebastian Musiolik. Gdyby zsumować wasze wszystkie występy w 1. Lidze, to naprawdę będzie tego sporo. Co jest większym atutem: doświadczenie, przebojowość na skrzydłach czy może coś jeszcze innego?
- Ciężko powiedzieć, na razie przebojowość wygrywa nam mecze. Wydaje mi się, że trener Skiba na ten moment stworzył taką fajną mieszankę tego wszystkiego i tak to powinno wyglądać.
Ci młodzi zawodnicy mogą trochę podejrzeć od nas tego doświadczenia, wcześniej wyciągając wnioski z błędów, zamiast uczyć się na swoich, jak to się mówi. Wydaje mi się, że naprawdę tę przebojowość i taką odwagę piłkarską mamy bardzo dużą w zespole. Na pewno to jest fajne, bo – mówię – trzy punkty to trzy punkty, ale wolę wygrać 5:2 niż 1:0.
- A jeśli chodzi o tych przebojowych skrzydłowych, który z nich robi na Tobie największe wrażenie? Czy nie chciałbyś wskazywać konkretnej osoby?
- Powiem szczerze, że każdy ma coś w sobie. „Kruszel” jest niesamowicie szybki i naprawdę umie to wykorzystać. Często młodzi zawodnicy mają tak, że jeszcze lubią kombinować, a tutaj jest po prostu szybka decyzja i strzał czy podanie. „Cybul” przyszedł teraz i ma to samo. Jest „Gerbo”, jest „Gmurek”. Naprawdę mamy świetną grupę. Jestem bardzo zadowolony z tych chłopaków. Pracują i oby tak dalej.
Najgorzej jest osiąść na laurach, jak już jest dobrze. Więc nasza, starszych zawodników, w tym głowa, żeby na tych laurach nie osiąść za szybko.
- Kiedy wymieniałem tych doświadczonych zawodników, nie wspomniałem jeszcze o Israelu Puerto, który jest Twoim partnerem w bloku defensywnym.
- Marcin Cybula też, Sebastian Musiolik także.
- Chciałem natomiast zapytać o Israela. Jak oceniasz go jako partnera w bloku defensywnym? Obok niego grasz najwięcej.
- Z „Izrą” już się znałem wcześniej z Jagielloni. Na pewno dobrze mi się z nim współpracuję. Brakuje nam jeszcze tego, o czym mówiłem – potrzeba czasu, żeby załapać pewne mechanizmy. Żeby wiedzieć, że ten zawodnik lubi to albo to, że robi to i to, na to trzeba uważać albo w tym i w tym nie trzeba mu pomagać, bo sobie poradzi.
Na ten moment wygląda to dobrze, choć chciałbym na pewno zagrać w końcu jakiś mecz na zero z tyłu, bo tego nam brakuje.
- Czujecie, że rozbudziliście apetyty na coś więcej w Mielcu? Uzupełnię trochę kontekstem: jeszcze paręnaście tygodni temu były zmiany na stanowiskach prezesów i masa zamieszania, a tu pierwsze cztery mecze, 3. miejsce, osiem punktów. Niektórzy już wróżą walkę o baraże. Po rozmowie z Tobą wnioskuję, że Ty trochę bardziej twardo stąpasz po ziemi i podchodzisz do tego spokojniej. Chyba że jednak mnie wyprowadzisz z błędu.
- Nie, twardo stąpamy po ziemi. Cały czas o tym rozmawiamy, trener to podkreśla i wydaje mi się, że to jest najrozsądniejsza droga.
To, że apetyty rozbudziliśmy, to jedno, ale zawsze kibice będą po dwóch przegranych meczach czy po dwóch wygranych wróżyć spadek bądź awans. My musimy patrzeć przed siebie i na każdy kolejny krok.
Na pewno przyjdzie moment – choć nie życzyłbym sobie tego – że będzie nam gorzej szło. I właśnie z tego będziemy musieli się jak najszybciej wygrzebać, bo każda drużyna to przeżywa. Ja przeżywałem to w przeróżnych zespołach. W poprzednim sezonie w Miedzi Legnica też wszyscy nam wróżyli, że awansujemy do baraży na pewno, a tu klops i się nie udało.
- Dwukrotnie w tym sezonie opuszczałeś już boisko wcześniej z powodu urazu, czy zatem na ŁKS Łódź w niedzielę będziesz gotowy do gry?
- Do poprzedniego meczu byłem gotowy w 100% ale wcześniejszy uraz, który mnie zmusił do zejścia w meczu ze Stalą Rzeszów, ten krwiak i ta opuchlizna i to wszystko przeszkadzało w treningu przez cały tydzień. Na ten mecz wyszedłem, czułem się dobrze, ale już pod koniec spotkania łydka zaczęła bardziej doskwierać.
Po prostu nie chciałem ryzykować, żeby przez te kilka minut nie stracić później trzech tygodni. Taka była decyzja, którą podjęliśmy razem ze sztabem, bo im to zgłosiłem. W tym tygodniu trenuję normalnie, jestem do dyspozycji, a jakie będą decyzje trenera, to się okaże.
- Zanim drugie pytanie o ŁKS to zahaczę na moment o mecz ze Stalą Rzeszów. Po zejściu z boiska zaobserwowałem jak aktywnie przeżywałeś resztę spotkania na ławce często stojąc i wdając się w rolę trochę asystenta trenera i przypomniał mi się finał Euro 2016 i Cristiano Ronaldo, który też zszedł wcześniej i pomagał trenerowi przy linii. Czujesz w sobie jakąś nutkę trenera czy to tylko duże emocje jakie towarzyszą meczowi?
- Emocje na meczach są duże. Kocham tę adrenalinę i czasem po prostu nie umiem usiedzieć. Chcę pomóc. Najgorzej jest siedzieć na ławce i nic nie robić. Czasem wiem, ile to daje, jak ja gdzieś tam wracam, jestem zmęczony, a ktoś jeszcze krzyknie z boku – tej mocy dochodzi, bo te głosy, że tak powiem, rozpoznajemy.
Więc to było bardziej w tej kwestii. Gdzie Kwiecień, a gdzie Cristiano Ronaldo – nie porównujmy, nie będę mówić czego do czego dokładnie.
- Jeżeli chodzi o spotkanie z ŁKS-em, to może bardzo ogólne pytanie: jakiego meczu się spodziewasz, obserwując łodzian na początku tego sezonu?
- Każdy mecz ma swoją historię. Czasem spodziewamy się mega ciężkiej przeprawy, a ten mecz koniec końców wydaje się łatwy, bo tak się ułożył.
Na pewno każdy mecz w 1. Lidze jest naprawdę trudny. Pokazał to mecz z Podbeskidziem – prowadziliśmy 3:0 i zremisowaliśmy to spotkanie. Trzeba więc podejść z pełnym zaangażowaniem, koncentracją i założeniami, które mamy i wykonywać je po prostu jak najlepiej. Każdy z nas osobno musi to zrobić, bo wtedy przynosi to efekty.
Jaki będzie mecz? Na pewno trudny. ŁKS ostatnio trochę zmienił grę i gra dużo długich piłek na Karola Podlińskiego, wielki koń, który wygrywa im te główki. Jest paru zawodników, na których trzeba uważać, na przykład na Sebastiana Rudola przy stałych fragmentach gry. Zobaczymy, co mecz pokaże.
My chcemy jechać i chcemy wygrać, to jest na pewno. A co będzie po meczu, to będziemy mądrzejsi po meczu.
- Ostatnie pytanie: czego mogę Tobie i reszcie drużyny życzyć na resztę tego sezonu?
- Zdrowia. Jak ono będzie, to my sobie poradzimy z resztą. Jak najmniej kontuzji w naszym zespole. Zresztą nikomu nie życzę kontuzji, więc jak najmniej kontuzji w 1. Lidze i ogólnie w polskiej piłce. I tyle, a reszta już zależy od nas.
Komentarze (0)