Traktuje pan granie na ulicy jako pracę czy jako sposób spędzanie wolnego czasu i dorabiania sobie?
Dla mnie to jest wszystko: i praca, rozrywka. Robię to, co kocham i jeszcze dzięki temu mogę jakoś kolejnego dnia żyć. Taka forma pracy pozwala mi towarzyszyć partnerce, która potrzebuje często mojego wsparcia ze względu na stan zdrowia. Moje życie nie jest standardowe, bo kiedy pracujesz na etacie, zawsze wiesz, ile zarobisz, masz pewność, że tego dnia dostaniesz pensję. U mnie tak to nie wygląda. Jednego dnia moje granie może przynieść wystarczająco dużo pieniędzy, a innego dnia nie będzie nic. Wiem, że nie warto się poddawać, nie warto opuszczać głowy. Da się to zrobić i przez te lata przekonałem się, że świat jest pełen wspaniałych ludzi, a jeśli robisz to, co kochasz, możesz dążyć do tego, by to się udało i udawało codziennie. Z drugiej strony nie boję się "standardowych" zleceń. Pracowałem w wielu miejscach, a teraz, jeśli ktoś potrzebuje pomocy w drobnych naprawach czy sprzątaniu, chętnie pomagam. Umiem też stroić różne instrumenty.
Granie na ulicy to praca jak każda inna?
Traktuję granie na ulicy jak rzemiosło. Jestem jak każdy inny rzemieślnik – ktoś ostrzy noże, ktoś naprawia buty, ktoś rzeźbi w drewnie. Ja pracuję dźwiękiem. Nie naprawiam rzeczy, tylko nastrój, chwilę, czasem czyjeś wspomnienia. Wśród hałasu samochodów muzyka jest uporządkowanym dźwiękiem, który potrafi zatrzymać człowieka, wywołać uśmiech albo przypomnieć coś dawno zapomnianego.
Zimą trudniej jest żyć z tego rzemiosła.
Tak, ale ja i tak bym nie wytrzymał jednego dnia bez grania. Jakbym nie zagrał, to bym oszalał. Mam swoje sposoby na chłód. Pod kurtką często noszę termofor, mam termos z gorącą herbatką. Ale rzeczywiście nie jest to łatwa sprawa: struny się rozstrajają, gitara jest zimna. Latem więcej śpiewam, puszczam mniej wykonań z telefonu. Nie mogę za bardzo się poruszać, bo jestem uwięziony w kablach, oczywiście się staram, bo to rozgrzewa. Ogólnie mój hart ducha daje radę.
Wielu naszych widzów z troską wyrażało się o panu, widząc pana zimowe granie na Smoczce: "dajcie mu czapkę", "czy struny nie pękną?", "Palce zamarzną".
To jest bardzo miłe. Co do czapki, to po prostu ich nie lubię. Granie dla ludzi to zupełnie coś innego niż granie samemu, „do ściany”. Kontakt z odbiorcą bardzo dużo zmienia i daje inną energię. Odbiór jest zazwyczaj bardzo pozytywny, choć na ulicy nie wygląda to jak koncert z tłumem i gromkimi brawami. To raczej przechodnie – jedni się zatrzymują, inni słuchają w biegu, ktoś uśmiechnie się, ktoś wrzuci dobre słowo. Sporo osób stoi z boku, trochę na dystans, jakby się wstydzili okazać emocje. Trudno powiedzieć dlaczego – może po prostu mamy problem z otwartym okazywaniem reakcji i uczuć w przestrzeni publicznej. Ja bardzo lubię to, że moja muzyka może sprawić to, że ktoś będzie miał najszczęśliwszą chwilę w swoim życiu albo chociaż szczęśliwsza. Takie coś jest dla mnie mobilizacją, by robić to co robię nadal i by robić to jeszcze lepiej.
Grał pan też za granicą. Jak tam reaguje się na uliczne granie?
Trochę inaczej – ludzie po prostu się zbierają, zatrzymują i słuchają. Grałem w większych miastach Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii. W Polsce często jest więcej dystansu, jakby ktoś się wstydził albo miał poczucie, że skoro się zatrzymuje, to od razu powinien zapłacić. A przecież nie trzeba – można po prostu postać i posłuchać. Dla mnie każda reakcja ma znaczenie: uśmiech, skinienie głową, miłe słowo rzucone w biegu. Nawet jeśli ktoś tylko z daleka się uśmiechnie, daje znać, że mu się podoba, to już jest dla mnie ogromna nagroda. Interakcja z ludźmi, nawet ta najdrobniejsza, jest w tym wszystkim najważniejsza.
Wiem, że można podejść do pana i poprosić o zagranie konkretnego utworu. Jaki jest ulubiony repertuar mielczan?
Oj jest bardzo szeroki. Doświadczam tego, że mielczanie bardzo lubią muzykę na żywo, która płynie prosto z serca, prosto z duszy. Lubimy klasyki polskiego rocka: Manaam, Perfect, Dżem, Budka Suflera. WIele osób zna język angielski, zna znaczenie słów utworów, popularny jest Erick Clapton, Jimmy Hendrix, Led Zepplin i wiele, wiele, wiele innych. Czasami nie znam, ale szybko potrafię się przygotować, przesłuchać piosenkę i ją zagrać. Często podchodzą do mnie starsze osoby i dzielą się wspomnieniami ze swojej młodości. Opowiadają, że dany utwór np. Tadeusza Nalepy kojarzy im się z pierwszą miłością, z kimś bliskim, z konkretnym miejscem czy momentem w życiu. Ta muzyka wywołuje emocje i przywołuje dawne historie, które ludzie chcą opowiedzieć.
A inni chcą jej posłuchać. Mielczanie to romantycy?
Pewien strażak, dawno temu, podszedł do mnie, gdy grałem na ulicy, on pracował wtedy na Borku, w remizie strażackiej. To on zapytał mnie, czy nie byłbym chętny, żeby zagrać pod oknem podczas zaręczyn. Umówiliśmy się, że mam przyjść za godzinę, a on pobiegł do sklepu, naprawdę był bardzo zaaferowany – kupił pełno świeczek i ułożył napis „Wyjdziesz za mnie?”. Stałem tam, pod tym napisem, grając dla przyszłej narzeczonej i jej rodziny. Po chwili zostałem zaproszony do środka. Cała rodzina się zeszła, grałem dla nich różne utwory. To było naprawdę dobre doświadczenie. Muzyka naprawdę sprawia, że ludzie się uśmiechają. Pamiętam, że grałem wtedy, pod tym oknem, utwór „Zawsze tam, gdzie Ty” i kilka innych w tym klimacie. Takie chwile pozostają w pamięci, choć teraz trudno mi przypomnieć sobie wszystkie szczegóły. Było sporo takich historii.
A jaką muzykę pan lubi?
Bardzo lubię Dżem, często gram ich piosenki, szanuję ich teksty i muzykę, uważam, że to jeden z większych zespołów w Polsce. Ale to nieprawda, że gram tylko Dżem! Najbardziej lubię bluesa i starą muzykę bluesową oraz rockową. Zaczyna się to od muzyki Roberta Johnsona z lat 20., 30. i 40. XX wieku, przez Eric'a Claptona i Jimmy'ego Hendrixa. Na przykład, „Hey Joe”. Lubię klasyki. Mam też swoje kompozycje, można je zobaczyć na moim youtoubowym kanale Jakub Kukla Blues Music na Luzie.
Co sądzi pan o współczesnej muzyce?
Bardzo duże jest w niej szlifowania, poprawiania. Radia nie słucham chyba od 10 lat. Ja lubię muzykę "naturalną": ktoś wchodzi do studia, nagrywa, ze wszystkimi uczuciami, jakie mu wtedy towarzyszą. I to nie zawsze wychodzi doskonale, często coś jest nie tak, coś nie pójdzie zgodnie z planem, coś się urwie, nie wybrzmi. Ale właśnie to jest prawdziwe, ludzkie, to się nie bierze z maszyny czy komputera, ale właśnie z tego człowieka. To bardzo cenię i taką też muzykę daję moim widzom i słuchaczom.
Zdarzają się kooperacje?
Czasami zdarza się coś na kształt karaoke na żywo – jak w internecie, ktoś podchodzi i mówi: „Zaśpiewam, a pan mi zagra”. I to jest coś, co często się zdarza. Na przykład kasjerka z pewnej Żabki w Mielcu. Kiedy grałem obok i nadarzała się taka okazja, pani wychodziła zza lady i fenomenalnie śpiewała piosnkę Dody. Ogólnie pozwalam zaśpiewać do mikrofonu. Często też dzieci czy młodsze osoby podchodzą i chcą spróbować swoich sił. Najbardziej lubianą piosenką jest „Hallelujah” – prawdziwy hit wśród młodych.
Na ulicy, wieczorem, jest pan narażony także na niebezpieczeństwa. Bywały groźne sytuacje?
Czasami tak, ale rzadko. Miałem kiedyś incydent z nożem, czasami ktoś zabierze mi pieniądze z pokrowca. Nie jestem skłonny do bijatyk, ale obronię się w razie ataku. To jednak nie przydaje się zbyt często.
Jak reagują dzieci?
Często jest tak, że to rodzice wysyłają dzieci, a same dzieci są tym bardzo zachwycone. Kiedy widzę, że któreś z nich z ogromnym zainteresowaniem przygląda się gitarze, śledzi każdy ruch palców, to czasem pozwalam mu ją wziąć do ręki. Dorosłym raczej gitary nie daję – różnie bywa, zdarza się, że ktoś po alkoholu o to prosi – natomiast w przypadku dzieci nie mam takich obaw, bo nie mają jeszcze tyle siły, żeby coś uszkodzić. Bardzo zależy mi na tym, żeby zaszczepiać w nich pasję do muzykowania. Sam wiem, jak wiele to znaczy – moja przygoda z gitarą zaczęła się, gdy miałem sześć lat i brat przyniósł instrument do domu.
A kto zaszczepił tę pasję w panu?
Granie na gitarze zaczęło się dla mnie od Ericka Claptona – kiedy mama puściła mi jego utwory, jak „Tear in Heaven” i „Leila”, zakochałem się w gitarze. Potem dostałem gitarę do ręki. Na początku, przez kilka miesięcy, po prostu brzdąkałem, czasami wkurzając tatę. Później, jak zacząłem grać więcej, tata, który był jedyną pracującą osobą w domu, często potrzebował odpocząć. I tak po raz pierwszy wyszedłem do parku, by grać tam. Uczyłem się sam, po prostu byłem samoukiem. Przyznam, że w szkole byłem trochę popychany i muzyka stała się dla mnie ucieczką – chciałem pokazać, że do czegoś się nadaję. Gitara to moja miłość, nie wyobrażam sobie, by trzymać ją w rękach i nie grać. Moja gitarę traktuję trochę jak kobietę (śmiech). To związek trwający 24 lata.
Jak udało się panu nauczyć gry samodzielnie?
W moich czasach, gdy internet dopiero raczkował, uczyłem się z filmików, obserwując innych gitarzystów i ucząc się z koncertów. Grałem w zespole weselnym, więc szybko poznałem nazwy akordów i podstawy, ale nie gram z nut, gram ze słuchu. Mimo że nie jestem mistrzem w grze na słuch, po prostu wiem, gdzie znaleźć dźwięk. Wiem, że niektórzy ludzie odkładają gitarę, ale ważne, by codziennie poświęcać jej chociaż pięć minut. Sam kiedyś uszkodziłem rękę, miałem przerwę dwa miesiące, potem odczuwałem ten "brak kontaktu", jakby część moich umiejętności, swobody, uleciała. Musiałem nadrabiać. Wracając do początków to w wieku 12–13 lat mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, ale zamiast na gitarę, poszedłem na saksofon. Szybko jednak uznałem, że nauka tam idzie za wolno, bo byłem w stanie nauczyć się szybciej na własną rękę, więc zrezygnowałem. Mimo to, saksofon pozostał moim instrumentem – mam przenośny, plastikowy saksofon, który czasem zabieram ze sobą. Szkoła muzyczna była dla mnie za bardzo teoretyczna – brakowało praktyki, a ja wolałem samodzielnie odkrywać muzykę.
Na czym jeszcze pan gra?
Chyba jestem multiinstrumentalistą – gram na harmonijce ustnej, skrzypcach, fortepianie i saksofonie. I oczywiście na wielu gitarach. Myślę, że mam ich około 14...
Pod filmikiem z pana występu pojawiła się masa pozytywnych komentarzy. Znalazło się jednak kilka podejrzliwych. Padło pytanie o narkotyki.
Narkotyki absolutnie nie wchodzą w grę. Kiedyś nawet, jak piłem, to nie robiłem tego w nadmiarze, ale artyści mają tę tendencję, prawda? Czasami alkohol pomaga w wyrażaniu emocji. Jednak ja nigdy nie potrafiłbym grać na gitarze pod wpływem alkoholu. To nie jest coś, co by mi odpowiadało. Dlatego nie gram w zespole weselnym, bo tam specyfika jest inna – alkoholu jest dużo, a ja po prostu nie czuję się dobrze, gdy piję. Podejrzewam, że nie mam predyspozycji do tego, bo po alkoholu po prostu źle się czuję. Wiele też osób mówi, że żebrzę. Ja nie żebrzę. Nigdy nikogo nie prosiłam o nic. Zdaję sobie sprawę że jest pełno ludzi którzy po prostu dla sportu lubią komuś tam dokuczyć w internecie. Ale z doświadczenia grania na ulicach wiem, że świat jest pełny wspaniałych ludzi. Gdyby nie to, nie mógłbym z tego żyć.
Gdzie spotkamy pana w Walentynki?
Zapraszam na rynek. To chyba jest najlepsze miejsce do grania w takim dniu. Będzie można zamówić romantyczne utwory dla kochanych osób. Zapraszam.
Komentarze (0)