Traktuje pan granie na ulicy jako pracę, czy jako sposób spędzania wolnego czasu i dorabiania sobie?
Dla mnie to jest wszystko: i praca, i rozrywka. Robię to, co kocham, i jeszcze dzięki temu mogę jakoś kolejnego dnia żyć. Taka forma pracy pozwala mi towarzyszyć partnerce, która często potrzebuje mojego wsparcia ze względu na stan zdrowia. Moje życie nie jest standardowe, bo kiedy pracujesz na etacie, zawsze wiesz, ile zarobisz, masz pewność, że tego dnia dostaniesz pensję. U mnie tak to nie wygląda. Jednego dnia moje granie może przynieść wystarczająco dużo pieniędzy, a innego dnia nie będzie nic. Wiem, że nie warto się poddawać, nie warto opuszczać głowy. Da się to zrobić i przez te lata przekonałem się, że świat jest pełen wspaniałych ludzi, a jeśli robisz to, co kochasz, możesz dążyć do tego, by to się udało i udawało codziennie. Z drugiej strony nie boję się "standardowych" zleceń. Pracowałem w wielu miejscach, a teraz, jeśli ktoś potrzebuje pomocy w drobnych naprawach czy sprzątaniu, chętnie pomagam. Umiem też stroić różne instrumenty.
A jaką muzykę pan lubi?
Bardzo lubię Dżem, często gram ich piosenki, szanuję ich teksty i muzykę, uważam, że to jeden z większych zespołów w Polsce. Ale to nieprawda, że gram tylko Dżem! Najbardziej lubię bluesa i starą muzykę bluesową oraz rockową. Zaczyna się to od muzyki Roberta Johnsona z lat 20., 30. i 40. XX wieku, przez Erica Claptona i Jimmy'ego Hendrixa. Na przykład „Hey Joe”. Lubię klasyki. Mam też swoje kompozycje, można je zobaczyć na moim youtube'owym kanale Jakub Kukla Blues Music na Luzie.
Co sądzi pan o współczesnej muzyce?
Bardzo duże jest w niej szlifowanie, poprawianie. Radia nie słucham chyba od 10 lat. Ja lubię muzykę "naturalną": ktoś wchodzi do studia, nagrywa, ze wszystkimi uczuciami, jakie mu wtedy towarzyszą. I to nie zawsze wychodzi doskonale, często coś jest nie tak, coś nie pójdzie zgodnie z planem, coś się urwie, nie wybrzmi. Ale właśnie to jest prawdziwe, ludzkie, to się nie bierze z maszyny czy komputera, ale właśnie z tego człowieka. To bardzo cenię i taką też muzykę daję moim widzom i słuchaczom.
Zdarzają się kooperacje?
Czasami zdarza się coś na kształt karaoke na żywo – jak w internecie, ktoś podchodzi i mówi: „Zaśpiewam, a pan mi zagra”. I to jest coś, co często się zdarza. Na przykład kasjerka z pewnej Żabki w Mielcu. Kiedy grałem obok i nadarzała się taka okazja, pani wychodziła zza lady i fenomenalnie śpiewała piosenkę Dody. Ogólnie pozwalam zaśpiewać do mikrofonu. Często też dzieci czy młodsze osoby podchodzą i chcą spróbować swoich sił. Najbardziej lubianą piosenką jest „Hallelujah” – prawdziwy hit wśród młodych.
Na ulicy, wieczorem, jest pan narażony także na niebezpieczeństwa. Bywały groźne sytuacje?
Czasami tak, ale rzadko. Miałem kiedyś incydent z nożem, czasami ktoś zabierze mi pieniądze z pokrowca. Nie jestem skłonny do bijatyk, ale obronię się w razie ataku. To jednak nie przydaje się zbyt często.
Jak reagują dzieci?
Często jest tak, że to rodzice wysyłają dzieci, a same dzieci są tym bardzo zachwycone. Kiedy widzę, że któreś z nich z ogromnym zainteresowaniem przygląda się gitarze, śledzi każdy ruch palców, to czasem pozwalam mu ją wziąć do ręki. Dorosłym raczej gitary nie daję – różnie bywa, zdarza się, że ktoś po alkoholu o to prosi – natomiast w przypadku dzieci nie mam takich obaw, bo nie mają jeszcze tyle siły, żeby coś uszkodzić. Bardzo zależy mi na tym, żeby zaszczepiać w nich pasję do muzykowania. Sam wiem, jak wiele to znaczy – moja przygoda z gitarą zaczęła się, gdy miałem sześć lat i brat przyniósł instrument do domu.
A kto zaszczepił tę pasję w panu?
Granie na gitarze zaczęło się dla mnie od Erica Claptona – kiedy mama puściła mi jego utwory, jak „Tear in Heaven” i „Leila”, zakochałem się w gitarze. Potem dostałem gitarę do ręki. Na początku, przez kilka miesięcy, po prostu brzdąkałem, czasami wkurzając tatę. Później, jak zacząłem grać więcej, tata, który był jedyną pracującą osobą w domu, często potrzebował odpocząć. I tak po raz pierwszy wyszedłem do parku, by grać tam. Uczyłem się sam, po prostu byłem samoukiem. Przyznam, że w szkole byłem trochę popychany i muzyka stała się dla mnie ucieczką – chciałem pokazać, że do czegoś się nadaję. Gitara to moja miłość, nie wyobrażam sobie, by trzymać ją w rękach i nie grać. Moją gitarę traktuję trochę jak kobietę (śmiech). To związek trwający 24 lata.
Jak udało się panu nauczyć gry samodzielnie?
W moich czasach, gdy internet dopiero raczkował, uczyłem się z filmików, obserwując innych gitarzystów i ucząc się z koncertów. Grałem w zespole weselnym, więc szybko poznałem nazwy akordów i podstawy, ale nie gram z nut, gram ze słuchu. Mimo że nie jestem mistrzem w grze na słuch, po prostu wiem, gdzie znaleźć dźwięk. Wiem, że niektórzy ludzie odkładają gitarę, ale ważne, by codziennie poświęcać jej chociaż pięć minut. Sam kiedyś uszkodziłem rękę, miałem przerwę dwa miesiące, potem odczuwałem ten "brak kontaktu", jakby część moich umiejętności, swobody, uleciała. Musiałem nadrabiać. Wracając do początków, to w wieku 12–13 lat mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, ale zamiast na gitarę, poszedłem na saksofon. Szybko jednak uznałem, że nauka tam idzie za wolno, bo byłem w stanie nauczyć się szybciej na własną rękę, więc zrezygnowałem. Mimo to, saksofon pozostał moim instrumentem – mam przenośny, plastikowy saksofon, który czasem zabieram ze sobą. Szkoła muzyczna była dla mnie za bardzo teoretyczna – brakowało praktyki, a ja wolałem samodzielnie odkrywać muzykę.
Na czym jeszcze pan gra?
Chyba jestem multiinstrumentalistą – gram na harmonijce ustnej, skrzypcach, fortepianie i saksofonie. I oczywiście na wielu gitarach. Myślę, że mam ich około 14...
Pod filmikiem z pana występu pojawiła się masa pozytywnych komentarzy. Znalazło się jednak kilka podejrzliwych. Padło pytanie o narkotyki.
Narkotyki absolutnie nie wchodzą w grę. Kiedyś nawet, jak piłem, to nie robiłem tego w nadmiarze, ale artyści mają tę tendencję, prawda? Czasami alkohol pomaga w wyrażaniu emocji. Jednak ja nigdy nie potrafiłbym grać na gitarze pod wpływem alkoholu. To nie jest coś, co by mi odpowiadało. Dlatego nie gram w zespole weselnym, bo tam specyfika jest inna – alkoholu jest dużo, a ja po prostu nie czuję się dobrze, gdy piję. Podejrzewam, że nie mam predyspozycji do tego, bo po alkoholu po prostu źle się czuję. Wiele też osób mówi, że żebrzę. Ja nie żebrzę. Nigdy nikogo nie prosiłem o nic. Zdaję sobie sprawę, że jest pełno ludzi, którzy po prostu dla sportu lubią komuś tam dokuczyć w internecie. Ale z doświadczenia grania na ulicach wiem, że świat jest pełny wspaniałych ludzi. Gdyby nie to, nie mógłbym z tego żyć.
Gdzie spotkamy pana w Walentynki?
Zapraszam na rynek. To chyba jest najlepsze miejsce do grania w takim dniu. Będzie można zamówić romantyczne utwory dla kochanych osób. Zapraszam.
Komentarze (0)