Archiwalne numery „Głosu Załogi” oraz pasjonaci z Mieleckiego Stowarzyszenia Eksploracyjno-Historycznego pozwalają na nowo odkryć tę zapomnianą, zimową opowieść.
Skocznia z odzysku
Wszystko zaczęło się od ogromnej pasji i uporu działaczy oraz zawodników sekcji narciarskiej koła sportowego Stal Mielec. To oni postanowili udowodnić, że sport kojarzony wyłącznie z Tatrami czy Beskidami można z powodzeniem uprawiać na podkarpackiej nizinie. Na miejsce budowy własnego obiektu do skoków wybrali Górę Cyranowską. Prace wymagały gigantycznego wysiłku całego lokalnego środowiska, ponieważ brakowało dosłownie wszystkiego – od funduszy po podstawowe materiały budowlane. Mielczanie większość prac wykonali społecznie, a do wzniesienia konstrukcji rozbiegu wykorzystali elementy pozyskane ze starego, zezłomowanego hangaru lotniczego. W ten sposób lotnicze tradycje miasta w osobliwy sposób splotły się z narciarstwem klasycznym.
Slalom za motocyklami i zima pełna niespodzianek
Obiekt szybko stał się jedną z największych atrakcji okolicy, a najważniejszym sprawdzianem dla mieleckich skoczków były Pierwsze Narciarskie Mistrzostwa KS Stal, które rozegrano dokładnie 27 lutego 1954 roku. Ówczesna lokalna prasa z ekscytacją relacjonowała to wydarzenie, choć organizatorzy od samego początku musieli mierzyć się z kaprysami pogody. Ciężkie warunki śniegowe zmusiły ich do odwołania planowanego wcześniej slalomu specjalnego. Ostatecznie program mistrzostw skupił się na konkurencjach klasycznych, czyli biegach płaskich oraz konkursie skoków.
Tysiąc widzów wstrzymało oddech
Trasa biegu na 10 kilometrów była wyjątkowo urozmaicona i wycieńczyła pretendentów do tytułu. Walka o podium rozegrała się pomiędzy trzema czołowymi biegaczami sekcji. Ostatecznie zwyciężył Czesław Młyński z czasem 55 minut i 49 sekund, wyprzedzając nieznaczną różnicą obrońcę tytułu Zenona Pollaka oraz Alfreda Czaudernę. Wśród kobiet na dystansie 4 kilometrów bezkonkurencyjna okazała się Krystyna Makoś. Prawdziwe oblężenie przeżyła jednak Góra Cyranowska, gdy zawodnicy przenieśli się na skocznię. Na zawody przyszło około tysiąca widzów, co na tamte czasy było frekwencją oszałamiającą. Dla większości mielczan była to pierwsza i prawdopodobnie jedyna w życiu okazja, by zobaczyć skoki narciarskie na żywo we własnym mieście.
Walka z wichurą i narodziny lokalnego mistrza
Sam konkurs skoków dostarczył gigantycznych emocji, choć zawodnicy popełnili błąd taktyczny, zmuszając skoczków do startu w kombinacji norweskiej niemal natychmiast po morderczym biegu na 10 kilometrów. Spowodowało to opóźnienie i wpłynęło na obniżenie wyników. Ponadto nad Górą Cyranowską zerwał się potężny, przeciwny wiatr, przez co sędziowie musieli przełożyć otwarty konkurs skoków, a zawodnicy w kombinacji nie byli w stanie zbliżyć się do ówczesnego nieoficjalnego rekordu skoczni wynoszącego dziewiętnaście i pół metra. Bohaterem dnia i niespodziewanym zwycięzcą okazał się Edward Tarnowski, który osiągnął w swoich próbach odległości czternaście i pół, trzynaście oraz dwanaście metrów. Drugie miejsce zajął Julian Szeptycki, a trzecie Alfred Czauderna, który dzięki równej postawie w obu dyscyplinach wygrał całą kombinację klasyczną.
Jak Mielec przestał latać na 35 metrów
Mielecka skocznia nie była jedynie jednorazową, zimową ciekawostką. Przez kolejne lata obiekt tętnił życiem, regularnie odbywały się na nim treningi, a lokalni zawodnicy z czasem nauczyli się latać znacznie dalej. W okresie największej świetności sekcji najlepsi skoczkowie ze Stali Mielec regularnie przekraczali granicę trzydziestego metra, a ostateczny rekord obiektu zatrzymał się na imponujących trzydziestu pięciu metrach. Niestety, ten piękny i oryginalny rozdział w historii miasta bezpowrotnie zamknęły postępujące zmiany klimatyczne.
Skocznia na Górze Cyranowskiej zaczęła niszczeć, aż w końcu podjęto decyzję o jej całkowitej rozbiórce. Dziś po rozbiegu i progu nie ma już żadnego fizycznego śladu, a o czasach, gdy Mielec rzucał wyzwanie górskim kurortom, przypominają nam już wyłącznie pożółkłe wycinki z dawnej prasy fabrycznej.
Komentarze (0)