reklama

Szlakiem romskich wędrówek przez Podkarpacie – historyczne kierunki migracji

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Szlakiem romskich wędrówek przez Podkarpacie – historyczne kierunki migracji - Zdjęcie główne
Opis: Szlakiem romskich wędrówek przez Podkarpacie - Koncepcja wizualna Korso | Generowanie obrazu: OpenAI DALL·E

Udostępnij na:
Facebook
Romowie w MielcuW księdze chrztów parafii w Lesku, pod datą 12 września 1743 roku, widnieje suchy zapis: Joannes, filius Stanislai Cygan, vagabundi. Jan, syn Stanisława Cygana, włóczęgi. Ojciec chrzestny miejscowy, matka nieznana. Nic więcej. Ksiądz zanotował tylko tyle, ile musiał. Resztę – skąd przyszli, dokąd zmierzali, jak długo tu zostali – zabrali ze sobą.

 

To jest właśnie problem z rekonstrukcją romskich szlaków przez Podkarpacie: źródła milczą dokładnie tam, gdzie byłoby najciekawiej. Zostają strzępki. Ale strzępki, złożone razem, zaczynają tworzyć coś na kształt mapy.

Skąd przyszli

Romowie dotarli do Europy Środkowej w XIV i XV wieku, głównie przez Bałkany – to ustalono dość pewnie na podstawie językoznawstwa i dokumentów z epoki. Pierwsze wzmianki z ziem polskich pochodzą z początku XV stulecia; w 1401 roku kroniki odnotowują obecność grupy określanej jako „Egipcjanie" na Śląsku, a kolejne zapisy pojawiają się w Krakowie, Lwowie i mniejszych ośrodkach miejskich.

Podkarpacie leżało na naturalnym skrzyżowaniu tych tras. Karpaty to nie bariera – to system korytarzy. Przełęcze łupkowska i dukielska od wieków służyły jako przejścia handlowe między Polską a Węgrami i Słowacją, a romskie grupy korzystały z nich tak samo jak kupcy, pasterze czy zbiegowie. Od południa wchodziły grupy z terenów dzisiejszej Słowacji i Rusi Zakarpackiej; od wschodu – ze Lwowa i Podola.

Już w XVI wieku edykty królewskie wzmiankują „Cygany" jako problem administracyjny na terenie Rusi Czerwonej, co jest – paradoksalnie – dowodem ich obecności. Władza zazwyczaj dostrzega kogoś dopiero wtedy, gdy chce go wypchnąć.

Romowie karpaccy, zwani Bergitka Roma, stanowili osobną grupę od Romów wędrownych z nizin. Pierwsi osiedlili się względnie wcześnie w górskich wioskach Beskidów, trudniąc się kowalstwem i muzykanctwem na usługach lokalnych społeczności. Drudzy przemierzali region sezonowo, zatrzymując się na tygodnie lub miesiące, po czym ruszali dalej. Obie grupy zostawiają różne ślady w dokumentach i nie należy ich mylić.

 

* Ten artykuł został opracowany przy wsparciu Journalismfund Europe. www.journalismfund.eu 

 

Trzy węzły

Jeśli patrzeć na Podkarpacie jak na przestrzeń migracyjną, dają się wyodrębnić trzy węzły geograficzne, wokół których skupia się większość śladów.

Korytarz karpacki. Przełęcze Łupkowska i Dukielska to miejsca, gdzie romskie grupy przekraczały granicę między Koroną a Węgrami – w obu kierunkach. Dokumenty celne z Dukli z XVII i XVIII wieku odnotowują przejścia grup romskich, czasem z lakonicznym komentarzem o konfiskacie koni lub narzędzi. Rejestry wojskowe z okresu wojen tureckich wymieniają Romów jako przewodników i kowali towarzyszących wojsku. To nie są może najbardziej romantyczne źródła, ale są konkretne.

Warto tu powiedzieć jedną rzecz: romskie wędrówki nie były chaotycznym błądzeniem. Grupy znały trasy, wiedziały, gdzie można rozbić obóz, gdzie jest jarmark, gdzie kowala przyjmą z otwartymi ramionami, a gdzie lepiej nie stawać. Wiedza o drogach przekazywana była ustnie i stanowiła realną wartość – coś, czego dokumenty nie utrwaliły w żaden sposób.

Dolina Sanu. To oś całej wędrówki. San jest rzeką praktyczną: płaska dolina, dobra widoczność, osiedla ludzkie co kilka kilometrów. Lesko, Sanok, Dynów, Przemyśl – w metrykach kościelnych wszystkich tych miast pojawiają się romskie nazwiska lub określenia (Cygan, Zingarellus, Aegyptius) przy okazji chrztów, ślubów i zgonów. W Sanoku zachowały się z XVIII wieku fragmenty rejestru podatkowego, w którym odnotowano kilka rodzin romskich jako płatników – co oznacza, że przebywały tu na tyle długo, by władza zdążyła je zinwentaryzować.

Sanok był też punktem, gdzie spotykały się różne zawodowe drogi. Kowale przychodzili tu na jarmarki z narzędziami. Muzykanci grali na weselach mieszczan i szlachty. Handlarze końmi pojawiali się przy okazji targów. Każdy z tych zawodów zostawiał inny ślad: kowala można znaleźć w rejestrze cechowym lub skardze rzemieślniczej, muzykanta w rachunku dworskim, handlarza koni w aktach sądowych po jakimś sporze.

Pogórze i droga na zachód. Trzeci węzeł to obszar między Krosnem, Rzeszowem i Mielcem, gdzie szlak karpacki rozwidlał się w kierunku Małopolski i Mazowsza. Tu właśnie romskie grupy wędrowne spotykały się z trasami nizinnymi prowadzącymi dalej na północ. Rzeszów, jako ośrodek handlowy z regularnym jarmarkiem, przyciągał ich regularnie – i regularnie pojawiają się w aktach miejskich, zazwyczaj w charakterze oskarżonych lub poszkodowanych w jakiejś bójce albo kradzieży. Akta sądowe to w ogóle jedno z bogatszych źródeł: sąd rejestrował tych, których chciał ukarać lub którzy sami szukali sprawiedliwości.

Sezonowość był wyraźna. Wiosna i lato to ruch; jesień – powolne wycofywanie się ku stałym miejscom zimowania w dolinach lub na obrzeżach większych osiedli. Zima w Karpatach dla grupy koczowniczej jest poważnym wyzwaniem logistycznym i nie ma sensu idealizować tego obrazu.

Jak to wiemy – i czego nie wiemy

Główne źródła to metryki kościelne, dokumenty administracyjne i sądowe, kroniki klasztorne oraz nowożytna literatura naukowa, przede wszystkim prace Jerzego Ficowskiego – jego Cyganie na polskich drogach pozostają punktem wyjścia dla każdego, kto bierze się za ten temat poważnie. Przydatne są też regionalne monografie historyczne, choć romska obecność pojawia się w nich często marginalnie, przy okazji innych tematów.

Metryki kościelne są nierówne. Część parafii prowadziła je sumiennie i odnotowywała przybyszów; inne – szczególnie wiejskie i biedniejsze – robiły to bardzo pobieżnie. Sformułowanie vagabundus lub sine loco obok imienia i nazwiska to sygnał, że ksiądz wiedział, iż ma do czynienia z wędrowcami, ale nie pytał o szczegóły albo ich nie dostał.

Kroniki klasztorne to źródło kapryśne. Franciszkanie z Krosna i dominikanie z Przemyśla zostawili wzmianki o „Egipcjanach" – ale zazwyczaj przy okazji jakiegoś zdarzenia wartego odnotowania: nawrócenia, konfliktu, niezwykłego przypadku. To selekcja mocno zniekształcona przez perspektywę autora.

I tu dochodzimy do granicy tego, co można ustalić. Wędrówka nie zostawia śladów tak jak osiedlenie. Ktoś, kto nocował trzy dni pod lasem między Sanokiem a Leskiem i ruszył dalej, w dokumentach nie istnieje. Milczenie źródeł jest też informacją – ale informacją o tym, że historia Romów na Podkarpaciu jest w znacznej mierze nieodwracalnie utracona.

Co zostało

Kilka rzeczy przetrwało. Najtrwalsze są paradoksalnie nazwy miejscowe: „Cyganówka" jako określenie części wsi lub lasu pojawia się w kilku punktach Podkarpacia – między innymi w okolicach Czarnej koło Leska i na południe od Rzeszowa. Takie mikrotoponimia powstaje tylko wtedy, gdy jakaś grupa przebywała w danym miejscu wystarczająco długo, by lokalna pamięć skojarzyła miejsce z ludźmi.

Skupiska romskie, które z wędrownych stały się osiadłe, to drugi ślad. Józefiński edykt osiedleńczy z 1783 roku, obejmujący Galicję po pierwszym rozbiorze, zmusił wiele grup do porzucenia wędrówki lub przynajmniej jej ograniczenia. W okolicach Maszkowic, Czarnej i późniejszego Tarnobrzega pojawiają się od końca XVIII wieku romskie rodziny w rejestrach stałych mieszkańców – ci sami ludzie lub ich bezpośredni potomkowie, którzy wcześniej figurowali jako vagabundi.

Jest jeszcze coś trudniejszego do uchwycenia: wpływ na lokalną kulturę. Kowalstwo romskie zostawiło realne ślady w rzemiośle karpackim; pewne wzory zdobnicze, techniki obróbki metalu, typy narzędzi wędrowały razem z kowalami. Muzyka to osobny rozdział – romskie motywy wchodziły w tkankę regionalnego folkloru na tyle głęboko, że dziś trudno orzec, co jest „romskie", a co „podkarpackie". Może to zresztą fałszywe rozróżnienie.

Wróćmy do Jana, syna Stanisława. Nie wiemy, co się z nim stało. Nie wiemy, czy rodzina została w Lesku, czy ruszyła dalej jeszcze tego samego roku. Być może Jan dorastał jako kowal, być może jako muzykant, być może wyemigrował na zachód razem z grupą, która przemierzała dolinę Sanu co roku o tej samej porze.

Rekonstrukcja romskich szlaków przez Podkarpacie to w dużej mierze praca poszlakowa: dokument tu, nazwa miejscowa tam, ślad w aktach sądowych. Mapa, którą można z tego złożyć, jest niepełna i będzie niepełna na zawsze. Ale jej niepełność mówi sama w sobie coś ważnego: przez wieki byli tu ludzie, którzy istnieli poza systemem rejestracji, poza parafią i urzędem, i których obecność władza dostrzegała tylko wtedy, gdy chciała ich wypchnąć lub opodatkować. Historia, którą da się opowiedzieć na podstawie dokumentów, to historia widziana oczami tych, którzy te dokumenty wytwarzali. Romska perspektywa – droga, obóz, pieśń, kierunek marszu – jest gdzie indziej. Być może właśnie dlatego warto szukać jej tak uparcie.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

logo