Rosa (imię bohaterki zostało zmienione na jej prośbę, przyp. red.) nie ukrywa, że jej rodzina rzuca się w oczy. I nie chodzi tylko o rysy twarzy.
- Wiemy, że jesteśmy głośni - mówi z uśmiechem, choć w jej głosie słychać nutę powagi. - Kiedy idziemy grupą, rozmawiamy emocjonalnie, gestykulujemy. Dla nas to naturalna radość z bycia razem, dla kogoś z boku - hałas, który może budzić dystans. Tym bardziej, że najczęściej rozmawiamy po romsku - dodaje.
Mielczanie reagują różnie. Czasem to zaciekawienie, częściej jednak uprzejmy, ale wyraźny dystans. Rosa czuje te spojrzenia na przystankach czy w kolejkach do kasy. To wzrok, który pyta: „Kim właściwie jesteście w naszym mieście?”.
* Ten artykuł został opracowany przy wsparciu Journalismfund Europe. www.journalismfund.eu
Domowe kapcie w galerii handlowej
Największe emocje budzi jednak ubiór. Barwne spódnice, chusty i biżuteria to dla wielu mieszkańców Mielca egzotyka, która nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Rosa przytacza anegdotę, która dla jej rodziny jest symbolem swobody a dla otoczenia – niezrozumiałym ekscentryzmem.
- Moja mama jest osobą, która domowy komfort stawia ponad wszystko. Zdarza się, że idzie na zakupy do galerii w papciach, w których przed chwilą piła kawę w kuchni. Dla niej to wyraz bycia u siebie - Mielec to jej dom, więc czuje się tu jak u siebie. Ludzie patrzą na te kapcie i widzą brak kultury. My widzimy kobietę, która czuje się w tym mieście bezpiecznie i swobodnie.
Sąsiedzi, nie obcy
Mimo tych drobnych tarć, Rosa podkreśla jedno: jej rodzina czuje się częścią mieleckiej społeczności.
- Chciałabym, żeby mielczanie zobaczyli w nas po prostu sąsiadów. Takich, którzy czasem za głośno śpiewają, albo wyjdą po bułki w domowym obuwiu
- dodaje.
Relacja między społecznością romską a resztą mieszkańców Mielca to wciąż proces. Czasem głośny, czasem barwny, a czasem – jak w przypadku mamy Rosy – przemierzany w domowych kapciach po posadzce nowoczesnego centrum handlowego.
Komentarze (0)