reklama

Pierwsze romskie pokolenie z dyplomem. Historie absolwentów wyższych uczelni z Podkarpacia

Opublikowano:
Autor:

Pierwsze romskie pokolenie z dyplomem. Historie absolwentów wyższych uczelni z Podkarpacia - Zdjęcie główne
Opis: Pierwsze romskie pokolenie z dyplomem - Koncepcja wizualna Korso | Generowanie obrazu: OpenAI DALL·E

Udostępnij na:
Facebook
Romowie w MielcuCoraz więcej młodych Romów kończy studia wyższe. Dla wielu rodzin to pierwsze takie doświadczenie w historii.

 

Sala była już prawie pusta. Ktoś zwijał uczelniane banery, ktoś robił ostatnie zdjęcia telefonem. Na końcu schodów stała jeszcze dziewczyna w granatowej todze i trzymała dyplom tak mocno, jakby bała się, że za chwilę ktoś jej go odbierze. Obok rodzice – trochę spięci, trochę zagubieni. Ojciec w marynarce założonej chyba tylko na wyjątkowe okazje. Matka nie mogła przestać płakać.

– „U nas nikt wcześniej nie studiował” – mówiła później cicho.

Dla większości ludzi dyplom uczelni wyższej to ważny moment. Dla części romskich rodzin jest czymś więcej. Czasem pierwszym dowodem, że historia rodziny może pójść w inną stronę niż dotychczas.

Bo jeszcze kilkanaście lat temu studia były dla wielu młodych Romów czymś bardzo odległym. Nie tyle niemożliwym, ile po prostu niewidzialnym. Nie było wokół ludzi po uczelniach, nie było wzorów. Często brakowało też zwykłego przekonania, że warto próbować.

Na Podkarpaciu społeczność romska mieszka od pokoleń. W większych i mniejszych skupiskach – między innymi w Rzeszowie, Jaśle, Krośnie czy Przemyślu. I choć sytuacje poszczególnych rodzin bardzo się różnią, przez lata wiele dzieci wchodziło do systemu edukacji z gorszej pozycji niż ich rówieśnicy. Nie chodziło wyłącznie o pieniądze.

Był brak zaufania do instytucji, doświadczenia dyskryminacji, czasem też zwyczajny lęk przed światem, który wydawał się obcy. W niektórych szkołach romskie dzieci sadzano osobno albo szybciej kierowano do klas specjalnych. Bywało, że nauczyciele już na starcie zakładali, że „i tak nic z tego nie będzie”.

To zostaje w człowieku na długo.

A jednak coś zaczęło się zmieniać. Powoli. Bez wielkich deklaracji.

 

* Ten artykuł został opracowany przy wsparciu Journalismfund Europe. www.journalismfund.eu 

 

 

Mateusz pamięta, że pierwszy komputer pojawił się u nich w domu dopiero pod koniec gimnazjum. Wcześniej odrabiał lekcje przy kuchennym stole, najczęściej wieczorem, kiedy robiło się ciszej. Studiował administrację. Dziś pracuje w jednej z instytucji samorządowych.

– „Najtrudniejsze było chyba to, że wszyscy zakładali, że odpuszczę” – mówi. – „Nauczyciele czasem nawet nie wprost. Bardziej takim tonem.”

Na pierwszym roku pracował po nocach przy rozładunku towaru. Rano jechał na zajęcia. Nie chciał brać urlopu dziekańskiego, bo bał się, że już nie wróci. W rodzinie długo nikt nie rozumiał, po co mu te studia, skoro mógł szybciej zarabiać.

Dzisiaj jego młodsza siostra przygotowuje się do matury.

Podobną drogę przeszła Karolina z Rzeszowa. Skończyła pielęgniarstwo. Mówi, że najwięcej stresu kosztowały ją pierwsze miesiące na uczelni. Nie sam materiał, tylko ludzie.

– „Ciągle miałam wrażenie, że muszę udowadniać, że tam pasuję.”

Nie ukrywała swojego pochodzenia, ale też nie chciała być sprowadzana wyłącznie do niego. Zdarzały się komentarze – czasem głupie żarty, czasem pytania zadawane z dziwną ciekawością. Najbardziej pamięta jednak inną rzecz. Ciszę.

– „Jak mówiłam, że jestem Romką, często robiło się niezręcznie. Jakby ludzie nie wiedzieli, co powiedzieć.”

Dzisiaj pracuje w szpitalu i coraz częściej odbiera telefony od romskich rodzin, które proszą ją o pomoc w tłumaczeniu dokumentów albo rozmowach z lekarzami. Sama przyznaje, że nie planowała zostać kimś w rodzaju pośredniczki między światami. Tak po prostu wyszło.

Jest też Daniel z Jasła. Informatyk. Typ człowieka, który szybciej odpowiada na wiadomości niż mówi. Na studiach zaczął pracować zdalnie dla firmy z Warszawy i nagle zobaczył, że granice, które wcześniej wydawały się sztywne, są dużo bardziej umowne.

– „Internet trochę wszystko rozwalił” – śmieje się. – „Nagle człowiek widzi, że może pracować z każdego miejsca.”

Ale nawet on przyznaje, że awans społeczny nie wygląda tak romantycznie, jak czasem opisują to motywacyjne historie. Bywa męczący. Szczególnie kiedy jest się pierwszym.

Pierwsze pokolenie studentów prawie zawsze płaci za to pewną cenę. Niezależnie od pochodzenia. Tyle że w przypadku młodych Romów dochodzi jeszcze kwestia tożsamości i presji społecznej.

Część absolwentów mówi o poczuciu zawieszenia. Na uczelni bywają postrzegani jako „inni”, a we własnym środowisku czasem słyszą, że się zmienili albo za bardzo oddalili od dawnych znajomych. Niektórzy zaczynają ostrożniej mówić o swoim pochodzeniu. Inni przeciwnie – podkreślają je bardziej niż wcześniej.

To nie jest prosty proces.

Zwłaszcza że sukces jednej osoby szybko zaczyna być traktowany jak reprezentacja całej społeczności. Jeśli ktoś kończy studia, dobrze mówi po polsku i robi karierę zawodową, od razu staje się „tym dobrym przykładem”. Problem w tym, że nikt nie chce przez całe życie być przykładem. Większość ludzi chce po prostu normalnie żyć.

Mimo to zmiana jest wyraźna. Widać ją nawet w małych rzeczach.

Jeszcze dwadzieścia lat temu matura w części romskich rodzin była czymś wyjątkowym. Dzisiaj coraz częściej mówi się o kierunkach studiów, stypendiach, kursach językowych. Duże znaczenie mieli asystenci edukacji romskiej, nauczyciele i lokalne organizacje, które pomagały dzieciom nie wypaść z systemu już na początku szkoły.

Zmienił się też sam świat. Media społecznościowe, łatwiejszy dostęp do wiedzy, możliwość poznawania ludzi spoza własnego środowiska – to wszystko sprawiło, że aspiracje młodego pokolenia wyglądają inaczej niż jeszcze dekadę temu.

Choć oczywiście problemy nie zniknęły. Nadal zdarzają się uprzedzenia. Nadal edukacyjny sukces Romów bywa przedstawiany jak coś egzotycznego albo sensacyjnego. Sam fakt, że dyplom młodego Roma wciąż potrafi budzić medialne zainteresowanie, mówi zresztą całkiem sporo o Polsce.

Ale dla rodzin tych absolwentów ważniejsze są zwykle rzeczy dużo bardziej konkretne.

Stabilna praca. Własne mieszkanie. Spokój.

I może jeszcze coś – poczucie, że młodsze dzieci będą miały trochę łatwiej.

Karolina opowiada, że jej kilkuletni brat ostatnio wrócił ze szkoły i powiedział, że też chce studiować. Nie dlatego, że ktoś go namawiał. Po prostu uznał to za coś naturalnego.

Dyplom jej uczelni wisi dziś w salonie obok rodzinnych zdjęć. Trochę krzywo. W zwykłej ramce kupionej w markecie.

I chyba właśnie w tym jest sens całej tej zmiany. Nie w wielkich hasłach o przełamywaniu barier ani w kolejnych programach społecznych. Tylko w momencie, kiedy coś, co wcześniej wydawało się nierealne, nagle staje się normalne.

Pierwsze romskie pokolenie z dyplomem nie kończy historii wykluczenia. Ono dopiero zmienia jej kierunek.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

logo