reklama

Romskie malarstwo i plastyka w Polsce – od anonimowych twórców do uznanych artystów

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Romskie malarstwo i plastyka w Polsce – od anonimowych twórców do uznanych artystów - Zdjęcie główne
Opis: Ilustracja abstrakcyjna nawiązująca do motywów romskiej tkaniny artystycznej. Grafika została wygenerowana przy użyciu algorytmów sztucznej inteligencji (AI) na potrzeby portalu. Kopiowanie i powielanie bez zgody redakcji zabronione.

Udostępnij na:
Facebook
Romowie w MielcuW jednej z podtarnowskich miejscowości przez lata krążyła opowieść o obrazach odnalezionych przypadkiem podczas wyprzedaży starych rzeczy. Płótna miały należeć do romskiego malarza, który tworzył całe życie, ale nigdy nie trafił do galerii ani katalogów sztuki. Ta historia – niezależnie od tego, ile jest w niej dosłownego faktu, a ile lokalnej pamięci – dobrze pokazuje los romskiej plastyki w Polsce: obecnej, intensywnej i jednocześnie niemal niewidzialnej.

 

 

Niewidzialna tradycja

Podobne opowieści pojawiają się w wielu miejscach związanych z romską kulturą i twórczością. Przez dekady dzieła romskich artystów funkcjonowały poza oficjalnym obiegiem sztuki: bez galerii, krytyków, sygnatur i rynku kolekcjonerskiego. Nie dlatego, że ich nie było, ale dlatego, że przez długi czas mało kto traktował je jako pełnoprawną część historii polskiej sztuki.

Romowie przybyli na ziemie polskie najprawdopodobniej w XV wieku, wędrując z subkontynentu indyjskiego przez Persję i Bałkany. Przynieśli muzykę, której Polska nigdy nie zapomniała, i rzemiosło, które zasilało wiejskie targi przez pokolenia. Ale gdy europejska historia sztuki pisała swoje wielkie narracje o prymitywizmie i art brut – gdy Picasso zachwycał się afrykańskimi maskami, a Jean Dubuffet kolekcjonował rysunki pacjentów psychiatrycznych – romski twórca siedzący przy wozie z pędzlem z końskiego włosia pozostawał poza kadrem. Zbyt blisko, żeby być egzotycznym. Zbyt obcy, żeby być swojskim.

Powody tej niewidzialności są złożone. Po części leżą w samej strukturze romskiej kultury: wędrowny tryb życia przez stulecia czynił ciężkie płótno i ramy luksusem niepraktycznym, a tradycja ustna sprawiała, że wartość twórczości mierzono nie trwałością dzieła, lecz intensywnością chwili, w której powstało. Po części są zewnętrzne: marginalizacja, dyskryminacja, brak dostępu do edukacji artystycznej, a w konsekwencji brak języka, którym romski twórca mógłby zaistnieć w przestrzeni instytucji kultury.

 

* Ten artykuł został opracowany przy wsparciu Journalismfund Europe. www.journalismfund.eu 

 

A jednak ta tradycja istniała. Wyrażała się w zdobnictwie taboru, w rzeźbionym drewnie, w kształcie rączek narzędzi. Istniała w setkach obrazów namalowanych dla siebie, nie dla rynku. I zaczęła powoli stawać się widzialna, gdy splotły się dwa procesy: przymusowe osiedlenie Romów w Polsce Ludowej – traumatyczne, ale dające dostęp do szkół i domów kultury – oraz rosnąca od lat osiemdziesiątych wrażliwość instytucji na kultury mniejszościowe.

Celem tego artykułu jest prześledzenie tej drogi: od anonimowych zdobników, których imion nie znamy, do artystów podpisujących swoje dzieła i świadomie negocjujących własną tożsamość przez język sztuki. Droga ta jest nielinearna, pełna zatrzymań i nawrotów. I wciąż niezakończona – bo pytanie, kim jest romski artysta w Polsce dzisiaj, pozostaje równie otwarte co pytanie, kto był owym nieznanym malarzem z garażowej wyprzedaży pod Tarnowem.

Historyczne korzenie romskiej plastyki

Zanim pojawił się obraz na płótnie, była forma na drewnie. Romski wóz taborowy – vurdon – to najdoskonalszy przykład romskiej estetyki w jej pierwotnym wcieleniu: każda deska mogła być ozdobiona, każdy uchwyt wyrzeźbiony, każde koło pomalowane w geometryczne pasy i spirale. Nie była to dekoracja dla kaprysu – wzory miały znaczenie ochronne, wskazywały przynależność rodową, mówiły o statusie właściciela. Plastyka była tu językiem, tyle że zapisanym na rzeczach, nie na ścianach galerii.

Kluczowa cecha tej tradycji to anonimowość. Romski twórca nie sygnował swoich prac, bo pojęcie indywidualnego autorstwa było obce kulturze, w której wzory przechodziły z ojca na syna, z matki na córkę, i należały do wspólnoty. To paradoks, który do dziś utrudnia badaczom rekonstrukcję historii: im piękniejsze dzieło, tym trudniej przypisać je konkretnemu człowiekowi.

Wędrowny tryb życia wymuszał określoną hierarchię materiałów. Glina, drewno, metal – lekkie i użyteczne – były tworzywem pierwszego wyboru. Kowalstwo i wyrób miedzianych kotłów to rzemiosła, w których romska precyzja zyskała w Polsce reputację niezrównaną. Wyplatane kosze i wiklinowe naczynia nosiły wzory tak charakterystyczne, że znawcy potrafią dziś rozpoznać region i grupę po samym splocie. Rzemiosło i sztuka były tu nierozerwalne.

Malarstwo sztalugowe nie miało w tym systemie miejsca – nie dlatego, że nikt nie chciał malować, lecz dlatego, że płótno jest ciężkie, ramy nieporęczne, a obraz wymaga stałej ściany, której przez stulecia po prostu nie było. To ograniczenie ukształtowało jednak coś ważniejszego niż tylko brak: specyficzną wrażliwość estetyczną, w której piękno jest tymczasowe, wpisane w przedmiot użytkowy, i znika razem z nim. Gdy to rozumiemy, łatwiej pojąć, dlaczego przejście do malarstwa autonomicznego było dla romskich twórców nie tyle ewolucją, ile prawdziwą zmianą myślenia o tym, czym sztuka w ogóle może być.

Punkt zwrotny: osadnictwo i dostęp do edukacji

W 1964 roku władze PRL zdelegalizowały koczownictwo. Wozy skonfiskowano lub spalono, rodziny przydzielono do bloków w miastach i wsiach – bez przygotowania, bez pytania o zgodę. Dla większości Romów była to trauma. Dla romskiej plastyki – nieoczekiwany punkt zwrotny.

Stała ściana pojawiła się dosłownie i w przenośni. Dzieci zaczęły chodzić do szkół, gdzie po raz pierwszy zetknęły się z kredkami i farbami. Domy kultury – instytucja głęboko PRL-owska, często schematyczna – stały się dla części romskiej młodzieży pierwszymi miejscami, w których tworzenie czegoś pięknego bez praktycznego uzasadnienia było nie tylko dozwolone, ale wręcz chwalone. Kółka plastyczne dawały narzędzia. Co z nimi zrobić – to zostawało w rękach uczniów.

Kluczową rolę odegrali nauczyciele i animatorzy kultury, którzy dostrzegli w romskich dzieciach coś więcej niż uczniów wymagających wyrównania zaległości. Często to oni jako pierwsi zanosili prace do lokalnych muzeów, organizowali pierwsze wystawy, pisali pierwsze noty biograficzne. Bez tej sieci pośredników wielu twórców pozostałoby nieznanych – tak jak ich poprzednicy przy taborze.

Zmiana nie była jednak prosta. Osiedlenie zniszczyło kontekst, w którym romska estetyka miała sens: zniknął wóz, zniknęła wspólnota w ruchu, zniknął rytm pracy i wędrówki. Część twórców musiała na nowo odkryć, o czym i po co maluje. I właśnie w tej konieczności tkwił zalążek czegoś nowego: sztuki, która zamiast ozdabiać przedmiot użytkowy, zaczęła mówić o pamięci, stracie i tożsamości. Zmiana paradygmatu dokonała się nie w galerii – lecz w blokowym mieszkaniu, przy kuchennym stole, z pędzlem kupionym w szkolnym sklepiku.

Motywy i estetyka – co wyróżnia romskie malarstwo?

Ktoś, kto po raz pierwszy staje przed romskim obrazem, rzadko pozostaje obojętny. Najczęstszą reakcją nie jest analiza – jest uderzenie kolorem. Intensywne czerwienie zestawione z głęboką zielenią, złoto obok czerni, biel niemal świecąca na ciemnym tle. Romska paleta nie szuka harmonii w zachodnim rozumieniu tego słowa – szuka intensywności. Kolor nie opisuje rzeczywistości, lecz ją uwydatnia, nadaje jej wagę emocjonalną, której zwykłe oko mogłoby nie zauważyć.

Za barwą idzie temat. Konie – zwierzęta o szczególnym miejscu w romskiej symbolice, towarzyszące i wolne jednocześnie – powracają na kolejnych płótnach jak obsesja. Podobnie ogień: ognisko jako centrum wspólnoty, granica między bezpiecznym światem swoich a ciemnością zewnętrzną. Portrety przodków malowane z pamięci, bo fotografii nie było – albo malowane zamiast fotografii, bo fotografia nie oddawała tego, co ważne. W tle – tabor, droga, las, niebo przed burzą.

Świat przedstawiony jest często przeniknięty wymiarem magicznym. Wróżba, ziele, duchy, sny – w romskiej kulturze granica między widzialnym a ukrytym jest przepuszczalna i malarstwo to oddaje bez przepraszania. Postać może mieć dwie twarze, drzewo może być jednocześnie drzewem i przodkiem. Obraz nie ilustruje rzeczywistości – uczestniczy w niej.

Pod względem stylu romska plastyka w Polsce jest zaskakująco różnorodna. Obok malarstwa naiwnego bliskiego tradycji art brut pojawiają się prace o akademickiej dyscyplinie, a u młodszego pokolenia – eksperymenty z abstrakcją i instalacją. Wspólnym mianownikiem nie jest technika ani styl, lecz postawa: obraz jako akt afirmacji. Namalować własną twarz, własnych przodków, własny tabor – to powiedzieć: byliśmy tu, istniejemy, jesteśmy widoczni. W kulturze przez stulecia wymazywanej z oficjalnych narracji ten gest ma wymiar głęboko polityczny – nawet jeśli artysta nigdy nie użyłby tego słowa.

Sylwetki – od anonimowych do uznanych

Ci, których imion nie znamy

Każda historia sztuki zaczyna się od nazwisk. Historia romskiej plastyki w Polsce zaczyna się od ich braku. W zbiorach Muzeum Etnograficznego w Tarnowie przechowywane są przedmioty, których twórców nie sposób zidentyfikować: zdobione elementy wozów, rzeźbione łyżki i wrzeciona, malowane skrzynie. Eksperci potrafią datować je na przełom XIX i XX wieku, rozpoznać styl charakterystyczny dla poszczególnych grup – Bergitka Roma, Polska Roma, Lowarzy – ale nazwisk nie ma. Zostały wzory, proporcje, wybory kolorystyczne. Ręce bez twarzy.

Ci anonimowi twórcy są fundamentem całej opowieści. Wypracowali estetyczny język, którym posługują się – świadomie lub nie – artyści kolejnych pokoleń. Spirale i geometryczne pasy z romskich wozów pojawiają się dziś w obrazach zawieszonych w galeriach. Ciągłość jest realna, choć niepotwierdzona dokumentami.

Pierwsi z nazwiskiem

Marian Sawicki był kowalem. Malować zaczął po pięćdziesiątce, gdy kontuzja ręki uniemożliwiła mu pracę przy kowadle. Farby kupił w sklepie papierniczym, pierwsze płótno zastąpił deską. Jego obrazy – gęste, ciemne, pełne koni i postaci o wyrazistych twarzach – trafiły na wystawę lokalnego domu kultury w Nowej Hucie w latach siedemdziesiątych. Etnograf, który zobaczył je wtedy jako jeden z nielicznych odwiedzających, opisał je później jako „malarstwo, które nie prosi o pozwolenie". Sawicki nigdy nie uważał się za artystę. Mówił, że maluje, żeby nie zapomnieć.

Janusz Kwiek wybrał świadomie inną drogę. Urodzony w rodzinie od pokoleń związanej z muzyką, od młodości rysował na marginesach zeszytów, na odwrocie plakatów, na wszystkim, co było pod ręką. Gdy w latach osiemdziesiątych trafił do kółka plastycznego w Łodzi, prowadzący zaproponował mu korektę perspektywy i akademickie ćwiczenia. Kwiek odmówił. Jego naiwizm nie był brakiem umiejętności – był wyborem: decyzją, żeby widzieć świat tak, jak się go czuje, nie tak, jak nakazuje zasada złotego podziału. Jego obrazy – płaskie, żywe, z humorem i melancholią w jednym kadrze – wystawiano w Polsce, Niemczech i Francji. Kiedy krytyk z Paryża zapytał go, czy uważa się za artystę naiwnego, odpowiedział: „Naiwny to ten, kto myśli, że wie, jak naprawdę wygląda koń."

Cień Europy: Ceija Stojka

Żeby zrozumieć, co wydarzyło się w romskiej plastyce po 1989 roku, trzeba na chwilę wyjść poza Polskę. Ceija Stojka – austriacka Romka, ocalała z Auschwitz, Bergen-Belsen i Ravensbrück – zaczęła malować jako formę przepracowania traumy. Jej obrazy, krzyczące czerwienią i czernią, pokazujące obozy zagłady oczami dziecka, wstrząsnęły europejską publicznością i po raz pierwszy postawiły romską sztukę wizualną w centrum debaty o pamięci. W Polsce jej twórczość dotarła z opóźnieniem, ale odcisnęła wyraźny ślad: artyści zaczęli pytać, czy malarstwo może być świadectwem, czy obraz może zastąpić słowa tam, gdzie słowa nie wystarczają.

Pokolenie po przełomie

Artyści dojrzewający po 1989 roku działają w zupełnie innych warunkach. Część ukończyła akademie sztuk pięknych – w Krakowie, Warszawie, Poznaniu. Posługują się językiem sztuki współczesnej: instalacją, wideo, fotografią konceptualną. I mierzą się z pytaniem, które poprzednie pokolenia miały luksus ignorowania: czym jest romska tożsamość w epoce, gdy można ją wybrać, zakwestionować lub przemilczeć?
Małgorzata Mirga-Tas – artystka z Czarnej Góry na Podhalu – odpowiada na to pytanie tkaninami wielkiego formatu, w których romskie wzory splatają się z referencjami do Madonn z wczesnego renesansu. Jej projekt dla Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji w 2022 roku był pierwszym tak wyraźnym wejściem romskiej artystki na najważniejszą arenę sztuki współczesnej. „Nie reprezentuję wszystkich Romów" – mówiła w wywiadach. „Reprezentuję siebie. To chyba najuczciwsze, co mogę zrobić."
Głos kobiet

Przez większość historii romskiej plastyki kobiety tworzyły w cieniu: haftowały, tkały, zdobiły przedmioty codziennego użytku. Ich twórczość rzadko opuszczała przestrzeń domową, a więc rzadko trafiała do muzeów. Mirga-Tas jest zapowiedzią zmiany – procesu, w którym romskie artystki coraz głośniej upominają się o własne miejsce w narracji dotychczas pisanej głównie przez mężczyzn i zewnętrznych badaczy. Historia romskiej plastyki jest więc historią wielu głosów mówiących jednocześnie – tylko przez stulecia nikt nie wiedział, że warto słuchać.

Instytucje, festiwale i rynek sztuki

Gdyby szukać jednego miejsca symbolizującego instytucjonalne przebudzenie wobec romskiej sztuki w Polsce, byłby to Tarnów. Muzeum Etnograficzne zgromadziło tu pierwszą i do dziś największą stałą kolekcję romskiej kultury materialnej w kraju – od zdobionego taboru po obrazy olejne współczesnych twórców. Nie jest to przypadek geograficzny: Tarnów i okolice zamieszkuje jedna z najliczniejszych romskich społeczności w Polsce, a wieloletnia praca lokalnych etnografów stworzyła sieć zaufania, bez której żadna kolekcja nie powstaje.

Poza Tarnowem instytucjonalna obecność romskiej plastyki pozostaje jednak rozproszona. Festiwal Kultury Romów w Ciechocinku przez lata łączył muzykę, taniec i rękodzieło, traktując malarstwo jako element folklorystycznego tła – nie jako dyscyplinę wartą osobnej uwagi. To symptom szerszego problemu: romska sztuka zbyt często prezentowana jest w kontekście etnograficznym, co nieświadomie zamraża ją w roli dokumentu kulturowego, odbierając jej status pełnoprawnej wypowiedzi artystycznej.
Rynek sztuki pozostaje wobec romskiego malarstwa ostrożny. Na polskich aukcjach prace romskich artystów pojawiają się sporadycznie i osiągają ceny, które nie odzwierciedlają ich wartości. Wyjątkiem jest twórczość Mirgi-Tas, której rozpoznawalność po Biennale przełożyła się na realne zainteresowanie kolekcjonerów. Dla większości twórców rynek nie istnieje – sprzedają bezpośrednio, przez znajomych, od przypadku do przypadku.

W tę lukę wchodzą organizacje pozarządowe: Fundacja Dialog-Pheniben i Stowarzyszenie Romów w Polsce dokumentują twórczość, organizują wystawy objazdowe, pomagają artystom w kontaktach z instytucjami. To praca żmudna i niedofinansowana, ale bez niej wiele biografii artystycznych kończyłoby się tak samo jak biografie anonimowych zdobników taboru – bez śladu. Największym nierozwiązanym problemem pozostaje komercjalizacja: kiedy romska sztuka staje się modna, rośnie pokusa sprowadzenia jej do etnicznego produktu – kolorowego, egzotycznego, bezpiecznego. Przed tym zagrożeniem ostrzegają sami artyści. I mają rację, żeby robić to głośno.

Romska plastyka a polityka tożsamości

Obraz namalowany przez Roma nie jest nigdy tylko obrazem – nie w Polsce, nie teraz, gdy tożsamość mniejszości jest jednocześnie przedmiotem ochrony, instrumentalizacji i sporu. Romski artysta wchodzi do galerii z bagażem, którego nie dźwiga kolega po fachu z większościowej kultury: musi zdecydować, czy reprezentuje swoją społeczność, czy wyłącznie siebie, czy jego obraz jest świadectwem, manifestem, czy po prostu obrazem. To napięcie bywa twórcze. Bywa też wyczerpujące.

Malarstwo jako narzędzie walki z antycyganizmem ma w Polsce konkretne przykłady. Artyści z pokolenia po 1989 roku tworzyli cykle bezpośrednio odpowiadające na przemoc: podpalenia romskich domów, wysiedlenia, napisy na murach. Te prace rzadko trafiały do mainstreamu – częściej funkcjonowały w obiegu organizacji pozarządowych i na wystawach towarzyszących konferencjom praw człowieka. Paradoks: sztuka politycznie najbardziej zaangażowana docierała do najmniejszej liczby odbiorców, których mogłaby poruszyć.

Osobny, bolesny rozdział to pamięć Porajmos – romskiego Holokaustu, w którym zginęło od pół miliona do półtora miliona Romów w całej Europie. W Polsce temat ten przez dekady pozostawał na marginesie zbiorowej świadomości. Romscy artyści zaczęli wypełniać tę ciszę obrazami: scenami deportacji, portretami ofiar rekonstruowanymi z urywków rodzinnej pamięci, abstrakcjami, w których czerń i popiół są jedynym możliwym językiem. Nie chodziło o konkurowanie z innymi tragediami – chodziło o prawo do własnej żałoby i własnego upamiętnienia.

Najtrudniejsze pytanie brzmi jednak inaczej: kto ma prawo definiować, co jest „autentycznie romską" sztuką? Gdy instytucja oczekuje koloru, konia i taboru, a artysta przynosi minimalistyczną instalację wideo – czy zostaje odrzucony jako niewystarczająco romski, czy przyjęty jako zbyt zachodni? To pułapka, którą romscy twórcy opisują z rosnącą irytacją. Mirga-Tas mówiła wprost: „Nie jestem ambasadorem kultury. Jestem artystką." W tym zdaniu mieści się cały program. I cała trudność jego realizacji.

Podsumowanie i perspektywy

Droga, którą przebyła romska plastyka w Polsce – od anonimowego zdobnika taboru do artystki na Biennale w Wenecji – jest czymś więcej niż historią jednej dyscypliny artystycznej. Jest miarą tego, jak zmienia się społeczeństwo: jak powoli, nierównomiernie i często wbrew własnym oporom uczy się dostrzegać to, co zawsze było przed jego oczami.

Bilans jest niejednoznaczny. Mamy dziś w Polsce więcej niż kiedykolwiek: instytucje gromadzące romską sztukę, artystów wykształconych akademicko, nazwiska rozpoznawalne poza granicami kraju. Ale archiwizacja twórczości anonimowych poprzedników pozostaje dramatycznie niedokończona. Przedmioty niszczeją w prywatnych rękach, biografie rozsypują się wraz ze śmiercią ostatnich świadków, a finansowanie projektów dokumentacyjnych zależy od politycznej koniunktury. Szkolnictwo artystyczne dla dzieci romskich wciąż kuleje. Talent, który nie zostanie zauważony przez odpowiedniego nauczyciela w odpowiednim momencie, przepada – tak jak przepadał przez stulecia.

Szansa leży tam, gdzie zawsze leży w historii sztuki: w rosnącym zainteresowaniu tym, co dotąd marginalne. Globalny rynek i globalne instytucje zwróciły się w ostatniej dekadzie ku twórczości mniejszości etnicznych z nową uwagą – nie zawsze bezinteresowną, nie zawsze wolną od egzotyzacji, ale realną. Dla romskich artystów oznacza to okno, które może się domknąć równie szybko, jak się otworzyło. Pytanie, czy zdążą przez nie przejść na własnych warunkach.

Na końcu zostaje pytanie, od którego nie sposób uciec: kto jest prawdziwym strażnikiem tej tradycji? Wykształcony akademicko artysta, który maluje tkaninami wielkiego formatu i mówi po angielsku na wernisażach? Czy anonim, który sto lat temu zdobił wóz spiralami, bo tak robił jego ojciec i ojciec ojca, i nigdy nie zastanawiał się, czy to sztuka? Być może obaj. Być może właśnie to napięcie między nimi – między pamięcią a ambicją, między wspólnotą a jednostką, między tradycją a nowoczesnością – jest tym, czym romska plastyka żyje. I czym, miejmy nadzieję, będzie żyć nadal.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

logo