„Płaczą lasy, płaczą wody, / dokąd pójdą Romowie?" Wiersz Bronisławy Wajs, zwanej Papuszą, zapisany w połowie XX wieku po romsku, a przetłumaczony na kilkadziesiąt języków — jest jednym z niewielu fragmentów romskiej literatury pisanej, które przeniknęły do europejskiej świadomości. Niewielu, bo niemal nikt ich nie szukał. A jeśli szukał, to często nie wiedział, pod jaką półką.
Pytanie z tytułu brzmi prowokacyjnie, ale tylko dla tych, którzy kulturę romską kojarzą wyłącznie z muzyką, ogniskiem i mitologią koczownictwa. Odpowiedź jest twierdząca i bardziej skomplikowana, niż sugeruje jej prostota: romska literatura pisana istnieje, ma swoich autorów, swoje języki, swoje dylematy — i swoje milczenie, które jest równie wymowne jak teksty.
Dlaczego tak późno
Żeby zrozumieć romską literaturę pisaną, trzeba najpierw zrozumieć, dlaczego przez wieki jej nie było. Nie dlatego, że Romowie nie mieli nic do powiedzenia. Mieli — i mówili. Tyle że pismo przez długi czas było dla tej kultury narzędziem obcym, a nawet wrogim.
Romani, język romski, to żywy, dialektyczny twór z korzeniami w północnoindyjskich językach — hindi, pendżabi, sindhi — który przez stulecia europejskiej wędrówki wchłaniał słowa greckie, perskie, rumuńskie, słowiańskie, niemieckie. Nie miał jednej pisemnej normy. Nie dlatego, że jej nie potrzebował, lecz dlatego, że tradycja przekazywania wiedzy, historii i wartości była — świadomie — ustna. Opowieść przy ogniu, pieśń weselna, zaklęcie przekazywane z ust do ust: to były nośniki kultury, i to nośniki niezwykle skuteczne.
Do tego dochodził inny czynnik, rzadziej wymieniany: pismo przez długi czas było narzędziem władzy, która Romom nie sprzyjała. Edykty, rejestry, wyroki sądowe, nakazy przymusowego osiedlenia — to wszystko przychodziło zapisane. Niechęć do piśmienności miała więc wymiar obronny. Nie jest to zacofanie. To strategia przetrwania.
Dopiero w drugiej połowie XX wieku, w ślad za ruchami emancypacyjnymi i prawami obywatelskimi, pojawiła się systematyczna refleksja nad standaryzacją języka romani. Kongres Romów w Londynie w 1971 roku przyjął wspólną flagę i hymn — zaczął też rodzić się projekt języka pisanego jako narzędzia tożsamości politycznej, a nie tylko komunikacji. To nieprzypadkowa kolejność.
* Ten artykuł został opracowany przy wsparciu Journalismfund Europe. www.journalismfund.eu
Papusza, czyli pierwsza i wyklęta
Bronisława Wajs przyszła na świat około 1908 roku w taborze, gdzieś na Kresach. Dokładna data urodzenia nie jest znana — to zresztą szczegół, który sam w sobie coś mówi. Czytać nauczyła się potajemnie, wymieniając stare butelki na lekcje od żydowskiej sąsiadki. Pisać zaczęła, bo musiała — bo słowa się w niej zbierały i nie miały dokąd odpłynąć.
Odkrył ją Jerzy Ficowski, poeta i etnograf, który w czasie powojennej wędrówki trafił do jej taboru i zrozumiał, że ma przed sobą coś wyjątkowego. Przetłumaczył jej wiersze na polski, opublikował, rozsławił. Świat zewnętrzny zachwycił się. Społeczność romska nie.
Papusza została oskarżona o zdradę — o to, że pozwoliła obcemu zagłębić się w świat, który miał pozostać zamknięty. Ficowski przy okazji zbierał bowiem materiały etnograficzne, które posłużyły władzom komunistycznym do akcji przymusowego osiedlania Romów. Związek przyczynowy między jego pracą a tamtą polityką jest dyskusyjny. Ale wykluczenie Papuszy ze społeczności było faktem. Nie żyła już z taborami. Żyła w mieszkaniu w Gorzowie Wielkopolskim, powoli tracąc zmysły.
Umarła w 1987 roku, właściwie zapomniana. Rehabilitacja przyszła pośmiertnie — filmy, pomniki, znaczek pocztowy, artykuły w eleganckich magazynach. Historia ta jest zbyt wygodna, żeby ją opowiadać bez pewnej ostrożności: zachód lubi swoich romskich poetów martwych i cierpiących. Papusza na to nie zasłużyła. Ale jej historia odsłania coś istotnego: bycie romskim pisarzem to nie tylko kwestia talentu i języka. To pytanie o lojalność — i o cenę, którą się za nią płaci.
Mapa współczesnych głosów
Papusza nie była i nie jest jedyna. Tyle że inni są jeszcze mniej znani.
Matéo Maximoff urodził się w Barcelonie w 1917 roku, wychował we Francji, pisał po francusku. Jego powieść La Tribu qui pleure z 1959 roku jest często wskazywana jako pierwsza romska powieść w pełnym tego słowa znaczeniu — przez romskiego autora, o romskim świecie, wydana przez nieromskie wydawnictwo dla nieromsiej publiczności. To rozróżnienie nie jest bez znaczenia. Maximoff wybrał widoczność kosztem hermetyczności.
Rajko Đurić szedł inną drogą. Urodzony w Serbii, od dekad mieszkający w Berlinie, pisał i pisze po romsku — i walczył o to, żeby romani było traktowane jako język kongresowy, a nie folklor. Jest autorem antologii, teorii literatury, esejów o romskiej tożsamości. W Polsce nieznany prawie nikomu.
Z Rumunii pochodzi Luminița Mihai Cioabă — poetka, córka romskiego króla (tak, ten tytuł istnieje i ma swoje znaczenie społeczne), pisząca zarówno po rumuńsku, jak i po romsku. Jej wiersze są mniej o egzotyce, bardziej o tym, co to znaczy należeć jednocześnie do dwóch światów, które nie zawsze chcą razem istnieć.
Na Węgrzech Dezső Lakatos pisał prozę autobiograficzną, gęstą od konkretów — codzienność romskiej wsi, bieda bez sentymentalizmu, humor bez taryfy ulgowej. Po węgiersku. Bo po romsku w tamtych czasach jego czytelnicy i tak by nie czytali.
I wreszcie nowe głosy, których trudno uchwycić, bo wyrastają poza instytucjami: slam poetry po angielsku w Manchesterze, Instagram w języku romani zmiksowanym z miejscowym dialektem, podcasty o romskiej historii nagrywane przez dwudziestolatków w Bratysławie. Literatura — jeśli tak to nazwiemy — która celowo omija wydawnictwa, bo wydawnictwa nigdy jej nie chciały.
W jakim języku
To jest pytanie, które wraca w każdej rozmowie o romskim pisarstwie. I nie ma na nie dobrej odpowiedzi — tylko różne złe.
Pisać po romsku znaczy pisać dla wspólnoty. Ale romani nie ma jednej normy ortograficznej — jest kilka systemów, kilka dialektów, kilka konwencji. Wydawca się nie znajdzie. Przekładu nikt nie zamówi. Tekst może żyć tylko wewnątrz grupy, która i tak zna historię na pamięć.
Pisać w języku większości — po węgiersku, rumuńsku, francusku, polsku — znaczy być słyszanym. Ale też tłumaczyć siebie dla kogoś, kto ogląda cię jak przez szybę. Pisać dla czytelnika, który ma wobec ciebie gotowy obraz: bieda, muzyka, wędrówka, może trochę magii. To obraz, z którym trzeba walczyć w każdym zdaniu, albo mu ulec i pisać to, czego się od ciebie oczekuje.
Dwujęzyczność jest trzecią drogą — i chyba najuczciwszą, choć najbardziej wyczerpującą. Luminița Mihai Cioabă pisze po romsku i po rumuńsku, czasem w tym samym wierszu. Đurić przez lata pisał w jednym języku, tłumaczył w drugim. To nie jest kwestia techniki przekładu — to kwestia tożsamości, która nie chce być jednojęzyczna, bo jej doświadczenie nigdy jednojęzyczne nie było.
Analogia narzuca się sama: Chinua Achebe pisał po angielsku, bo tylko tak mógł pokazać nigeryjski świat Europejczykom — i zapłacił za to cenę, którą sam opisywał. Brodski pisał po rosyjsku na emigracji, a po angielsku dla nagrody. Romski dylemat językowy nie jest wyjątkowy. Jest tylko mniej znany i rzadziej omawiany.
Infrastruktura, której nie ma
Romska literatura istnieje. Ale brakuje jej niemal wszystkiego, co sprawia, że literatura staje się widoczna.
Nie ma dużych wydawców. Małe — jak Romano Centro w Wiedniu czy Romski Instytut w Pradze — robią, co mogą, ale ich możliwości są ograniczone. Przekłady na języki kongresowe zdarzają się rzadko i zwykle są efektem indywidualnego entuzjazmu jakiegoś tłumacza, a nie polityki wydawniczej. Nagrody istnieją — Roma Spirit, kilka inicjatyw unijnych — ale mają zasięg środowiskowy.
Szkoły tego nie uczą. Biblioteki tego nie kupują. Krytycy literaccy tego nie recenzują — bo nie wiedzą, że jest co recenzować, albo dlatego, że recenzowanie romskiej prozy wymagałoby przyznania, że przez lata się jej nie szukało.
Media społecznościowe zrobiły tu więcej niż trzydzieści lat unijnych programów. Tiktok, Instagram, YouTube — to miejsca, gdzie romska młodzież pisze, śpiewa, opowiada. Bez redaktorów. Bez grantów. I bez pytania, czy ma na to pozwolenie.
Literatura jako warunek
Wróćmy do wiersza Papuszy. „Płaczą lasy, płaczą wody, / dokąd pójdą Romowie?" To pytanie zadane w połowie XX wieku wciąż nie ma odpowiedzi, której ktokolwiek chciałby słuchać.
Romska literatura pisana — ta, która istnieje, i ta, która dopiero powstaje — nie jest prośbą o uwagę. To raczej warunek postawiony kulturze dominującej: jeśli chcesz nas słuchać, to słuchaj nas na naszych warunkach. Przez naszych autorów. W naszych językach. Z naszą historią, którą znasz gorzej, niż myślisz.
Europa przez dekady budowała wobec Romów dwie narracje: opieki (biedni, marginalizowani, potrzebujący pomocy) albo zagrożenia (przestępczość, inność, problem). Obie narracje mają jedną wspólną cechę: Romowie są w nich przedmiotem, nie podmiotem. Literatura to zmienia. Kiedy Luminița Mihai Cioabă pisze wiersz, a Rajko Đurić wydaje antologię, a anonimowy dwudziestolatek z Bratysławy nagrywa podcast o romskim Holokauście — nie szukają miejsca w czyimś kanonie. Tworzą własny.
Co z nim zrobi Europa? To dobre pytanie na następny artykuł.