Reklama

Pitaval Mielecki. O niewinnym ślusarzu i sprawiedliwym panu

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: | Zdjęcie: S. Wanatowicz

Pitaval Mielecki. O niewinnym ślusarzu i sprawiedliwym panu - Zdjęcie główne

Strona tytułowa "Zwierciadła Saskiego". | foto S. Wanatowicz

Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Historia Działo się to w miasteczku Przecławiu w roku Pańskim 1646. Zazwyczaj w ospałe życie miasteczka pewne ożywienie wnosiły tylko jarmarki, odpusty, plotki, czary, zwady w gospodach i kwaterunek żołnierzy, czasem zaś – czego P. Boże uchowaj – pożar, który drewniane domostwa trawił szybko jak wiązkę chrustu. Ale rok 1646 dostarczył mieszczanom wrażeń i wydarzeń niecodziennych, poruszających do głębi wszystkich bez wyjątku przecławian, od balwierza do kantora farnego Szymona włącznie.

Zmarła dobra dama

Najpierw – dnia 20 lipca – zmarła na zamku po długiej chorobie "grzeczna i dobra dama", Jej Mć P. Marcjanna z Daniłowiczów Koniecpolska, wdowa po pułkowniku królewskim Stefanie, a na Przecławiu dożywotnia pani. Wspaniały pogrzeb "z wielkim krewnych, przyjaciół i sąsiadów konkursem" odbył się w przeszło miesiąc później. Ludziska popłakali się jak bobry, gdy na kazalnicę w przecławskim kościele wstąpił krakowski kaznodzieja, karmelita bosy o. Hieronim od św. Hiacynta, i w pięknych słowach jął wychwalać cnoty zmarłej pani: jak to hojnie obdarowywała kościoły, jak ubogim jałmużnę i szaty własną ręką uszyte co rok rozdawała, jak nogi myła nędzarzom w Wielki Czwartek i w wigilię Bożego Narodzenia, jak wreszcie obchodziła szpitale i chorych z lekarstwami nawiedzała.

Kazanie to tak wielkie zrobiło wrażenie, że wielebny ks. Grzybowski, proboszcz przecławski, podał je do druku w krakowskiej oficynie wdowy i dziedziców Andrzeja Piotrowczyka – i poświęcił je trzem synom pani Koniecpolskiej: Andrzejowi, Aleksandrowi i Stanisławowi Koniecpolskim.

Trzej bracia

Trzej bracia odziedziczyli miasteczko. Ponieważ jednak Andrzej, jako kapitan regimentu krakowskiego kasztelana, najczęściej przebywał w Krakowie, Stanisław zaś właśnie kochał się w Holandii, przeto na przecławskim zamku gospodarzył skrzętnie i sprawiedliwie sam jeno Aleksander. Aż raz, a było to w połowie listopada 1646 roku, Koniecpolski w jakiejś sprawie zmuszony był wyjechać z miasteczka w podróż daleką.

I wtedy to zdarzył się ten wypadek ze ślusarzem.

Przecław z dawna rządził się miejskim prawem magdeburskim, miał więc prócz burmistrza i rajców sąd wójtowsko-ławniczy. Zasiadający na ratuszu, w którym mieściła się też gospoda z wyszynkiem trunków i muzyką. W pewnych dniach muzyka milkła i ustawał tupot taneczników, a za to rozbrzmiewał przerażający krzyk rozpaczy i bólu: torturowano kogoś. Podczas rozpraw sądowych panowie ławnicy często zaglądali po radę do grubej, gotyckim szabachem drukowanej księgi. Księga ta, do dziś (tj. w roku 1932 – przyp. SW) przechowywana w przecławskim magistracie, zowie się: "Speculum Saxonum Albo Prawo Saskie y Magdeburskieporządkiem obiecadła z Łacińskich y Niemieckich exemplarzow zebrane a na polski ięzyk z pilnością y wiernie przełożone. Przez Pawła Szczerbica na tenże czas syndyka lwowskiego. Cum Gratia et Privilegio S.R.M. Drukowano we Lwowie kosztem i nakładem tegoż Pawła Szczerbica własnym. MDLXXXI."

A więc było to sławne Zwierciadło Saskie, w którem częściej niż sprawiedliwość, przeglądała się bezmyślność i okrucieństwo. Ale trudno, takie to były czasy i nie należy się temu zbytnio dziwić.

Rys. Strona tytułowa "Zwierciadła Saskiego".

Tortury ślusarza

Otóż, kiedy JMci Pana Koniecpolskiego nie było w Przecławiu, w pierwszych dniach grudnia nieznany złoczyńca włamał się do domku miejscowego prebendarza, ks. Wawrzyńca Lityńskiego, także nieobecnego naówczas, a "skrzynię wyłupawszy" znikł. Rozmaite snuto domysły na temat osoby sprawcy tak śmiałej kradzieży, aż niejaki Wojciech Radomski wręcz oskarżył o jej dokonanie Bogu ducha winnego Wojciecha ślusarza. Niezawodnie wchodziły tu w grę jakieś niskie pobudki, ale sąd wójtowski, rad, że nareszcie znalazł się winowajca, skwapliwie uczepił się tej myśli i w dzień św. Franciszka, tj. 3 grudnia wtrącił Wojciecha do miejskiego więzienia.

Za dowód winy ślusarza miała służyć jego czapka, odnaleziona na miejscu kradzieży. Oskarżenie poparł namiętnie sam poszkodowany ks. Lityński przez swojego plenipotenta oraz fałszywi świadkowie: Matys Czernia, Dec i Nasiad. Oskarżony Wojciech do winy się nie przyznał, więc sprowadzono do miasteczka kata i podano ślusarza na tortury.

Akt tego procesu nie podaje, w jaki sposób go męczono, jednakże na podstawie analogii ze współczesnymi procesami kryminalnymi np. w sąsiednim Rzochowie – przypuszczamy, że Wojciecha poddano torturze ogniowej, polegającej na trzykrotnem przypiekaniu boków delikwenta zapalonemi świecami, a następnie jeszcze cięższej "próbie" ciągnienia powrozami. Kładziono mianowicie rozebranego do naga nieszczęśliwca na ławie, węższej niż ciało, przewiązywano powrozem pod pachami przez piersi do ławki, poczem związawszy wielkie palce u nóg, okręcano powróz od nich na osi drewnianego koła. Koło kręcąc się, rozciągało mięśnie i kości obwinionego, któremu sąd zadawał pytanie, czy przyznaje się do winy. Męczono w ten sposób do trzech razy.

Chociaż jednak na torturach dręczono ślusarza tak strasznie, że ledwo ducha nie wyzionął, inkwizycja nie dała spodziewanych rezultatów, gdyż sąd niczego się nie dowiedział. Mimo to byłby nieszczęśliwy ślusarz zawisł na szubienicy mocą sądowego wyroku, gdyby nie nagła interwencja nieobecnego dotąd pana na Przecławiu.

Powrót pana

Przyjechawszy do miasteczka, Koniecpolski dowiedział się z ust zrozpaczonej ślusarki i jej ojca o całej sprawie: jak to podano ślusarza w niebezpieczeństwo utraty życia i dobrej sławy, chociaż sąd "ani się na nim takowej kradzieży doświadczył, ani mękami wystraszył". Wzruszonego i oburzonego zarazem Koniecpolskiego zdjęła groza na myśl, że Pan Bóg mógłby ukarać jego miasteczko "dla wyzuzdanego sądu i niewinnego ślusarza", że mogłoby być to samo, co na wiosnę 1624 roku, kiedy to "z dopuszczenia a prawie z gniewu Bożego miasto Przecław zgorzało". Tedy rozkazał natychmiast inkwizycję przerwać, a okaleczonego Wojciecha uwolnić.

Po przeprowadzeniu nowego śledztwa i procesu w tej sprawie – a działo się to już z końcem grudnia – sprawiedliwy dziedzic wydał 1 stycznia 1647 roku dekret następującej treści:

"Ponieważ w sprawie tej na ślusarza ani kradzieży dowiedziono, ani świadectwa dostatecznego nie było, a upór i złość na krew niewinnego ślusarza nastąpiła, i sąd, który ma z dowodów i świadectw najgodniejszych, nie zaś podejrzanych, jako w tej sprawie było, sądzić, nie ma nikogo na kwestie (tj. tortury) podawać, tylko za wielkiemi i dowodnemi dokumentami; przetoż wójt i z ławnikami swoimi, iż z uporem i afektem uwiedli się, mają być z urzędu złożeni i podczas procesu tego w mieszkaniach zawsze pozostawać będą, a potym więzienie przez siedm niedziel ponosić mają, z którego wychodząc, wójt ma dać winy sto grzywien, a ławnicy po pięćdziesiąt, każdy z osobna, którą Jej Mość według woli swej na rzeczy pobożne aplikować będzie do kościoła. A iż Urząd Burmistrzowski aprobował wszystkie dekrety wójtowskie i przysięgi świadków podejrzanych przypuścił, tedy więzienie dwuniedzielne ponosić mają, a z więzienia wychodząc, pańskiej winy każdy z nich po dziesiąci grzywien odłożyć, lubo wójta do tego wiedli, aby bez wiadomości mojej nic nie czynił, czego on nie chciał i dlategoż nie zdali mi się tak bardzo przez to zgrzeszyć.

A ponieważ wszystka ta zgoła sprawa z denuncjacji urosła, tj. z Radomskiego, a złość i upór instygatora (tj. oskarżyciela) oraz i plenipotenta ks. Wawrzyńcowego wierutna w tem pokazała się, którzy niczego nie dowiedli ani mękami wystraszyli, i owszem po mękach uporczywie na gardło obwinionego tem goręcej następowali, jako Matys Czernia, tedy obadwa odtąd mają się starać, aby ślusarz ich własnym kosztem był opatrzony, tak żeby do zdrowia jak najprędzej pod winą sądową przyszedł, a gdy do zdrowia przyjdzie, mają ślusarzowi po pięćdziesiąt grzywien dać, każdy z osoby swojej; a jeśliby kaliką zostawał, tak żeby rzemiosła robić nie mógł na chleb zarabiając, tedy na każdy rok na wyżywienie mają dać ślusarzowi, póki żyw będzie, złotych czterdzieści. A gdzieżby z tych razów i pomęczenia umarł, tedy potomkom po śmierci jego mając dać sto grzywien, teraz więzienie przez siedm niedziel ponosić.

A świadkowie, jako Dec i Nasiad, iż są podejrzani, jako się z relacje ich że samych niektórych pokazuje, i nasiad na obie strony i przeciwne świadectwa oddawał, mają być karani więzieniem siedm niedziel i plag w rynku po czterdzieści ponosić. A nadto wszyscy co pomienieni, iż bez wiadomości Jej Mości Pana swego to uczynili i kata ważyli się do namiętności przywieźć, mają Jej Mci swego z kapłany i ludźmi inszemi godnemi przeprosić i łaski żądać, a do ślusarza w dom szedłszy, jego także z osoby swej przeprosić".

Co też się niezawodnie stało.

Mgła zapomnienia

Historia ta na pewno długo jeszcze stanowiła temat wszystkich rozmów przecławskich mieszczan i kumoszek. Kiedy jednak nadeszły znacznie poważniejsze wydarzenia, jak Czarna Śmierć w roku 1652, najazd Szwedów i Rakoczan, połączony z pożarem miasta w latach 1655-1657 oraz późniejsze klęski – ołowiana mgła zapomnienia zakryła epizod z roku 1646 i przetopiła go, być może, w opowiadaną dzieciom bajkę o niewinnym ślusarzu i sprawiedliwym panu.

* Tekst autorstwa Stanisława Kryczyńskiego, zaczerpnięty z "Mieleczanin, Jednodniówka Akademickiego Koła Mieleczan we Lwowie, Sekcji Zrzeszenia Akademickiej Młodzieży Prowincjonalnej, Lwów 1933."

Stanisław Wanatowicz

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy