reklama

„Zapatrzyliśmy się na siebie i do dziś patrzymy” – 70 lat małżeństwa państwa Sojów

Opublikowano:
Autor:

„Zapatrzyliśmy się na siebie i do dziś patrzymy” – 70 lat małżeństwa państwa Sojów - Zdjęcie główne
Autor: Prywatne archiwum/Korso | Opis: Państwo Sojowie w dniu ślubu i 70 lat później

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościKrystyna i Jan Sojowie przyjmują nas w swoim mieleckim mieszkaniu na trzecim piętrze. W każdym pokoju stoją bukiety kwiatów od dzieci, wnucząt i prawnucząt. Na ścianach pełno jest rodzinnych zdjęć. Pani Krystyna w czerwonej bluzce wygląda pięknie, a pan Jan cały czas pilnuje, by rozmowa była dla niej komfortowa. Wszystkiemu przysłuchują się córka i wnuczka państwa Sojów.
reklama

Giovanna Jakimowicz: Państwa ślub odbył się w święta Wielkanocne, a w te święta przeżywali państwo 70. rocznicę małżeństwa. Jak zaczęła się ta historia? Jak się państwo poznali?

Jan Soja: To wszystko zaczęło się w Sichowie i można powiedzieć, że trochę przypadkiem. Ja pracowałem wtedy w WSK w Mielcu i zostałem skierowany do pracy w sadach w Sichowie. Były takie czasy, że zakład miał też różne związki z gospodarstwem w tamtych stronach - były tam jeszcze pozostałości po dawnych PGR-ach, które przejęto i prowadzono tam różne uprawy. Były pola, sady, warzywa, owoce. Trzeba było zbierać jabłka, ogórki i wykonywać inne prace sezonowe. W WSK w Mielcu akurat był taki moment, że pracy było mniej, więc oddelegowali mnie do pomocy przy zbiorach. I zobaczyłem tam taką piękną panienkę.

reklama

Krystyna Soja: To był chyba wrzesień, początek jesieni. Ja byłam w Sichowie. Pracowałam tam i mieszkałam, byłam krawcową. Kiedyś, gdy już mieli wracać do Mielca, przejeżdżali obok mojego zakładu. Okno było otwarte, bo było ciepło, a oni - młodzi chłopcy - zaglądali przez okno. Później koleżanki śmiały się, że on bardzo mnie „wiercił” wzrokiem i od razu było widać, że zwrócił na mnie uwagę. I tak to się zaczęło.

A jak było później? Pan Jan wrócił do Mielca a odległość była spora.

KS.: Od początku nie było łatwo się widywać, bo dzieliły nas kilometry. Więcej było listów niż spotkań. Nie było wtedy telefonów, nie było komórek, nie było żadnych takich ułatwień. Były listy i była tęsknota. Janek przyjeżdżał, kiedy mógł. To wszystko rozwijało się trochę na odległość, ale mimo to bardzo szybko przyszło takie przekonanie, że jesteśmy dla siebie. Poznaliśmy się we wrześniu, a ślub był już w kwietniu, w święta Wielkanocne. Czyli minęło siedem miesięcy. Krótko, ale to dobra decyzja.

reklama

- Co państwa w sobie urzekło? Pamiętają państwo ten

pierwszy moment?

KS.: Tak, pamiętamy. To było takie pierwsze zauroczenie. Jak się człowiek na kogoś spojrzał, to od razu coś czuł. On miał wtedy włosy - nie takie jak teraz (ogólny śmiech) - tylko czarne, kręcone włosy. I zaraz się przekonałam, że umie wszystko zrobić.

JS.: Kawał urody było (śmiech). No ja od początku widziałem, że jest pracowita, zaradna i ma takie podejście do życia, że sobie poradzi.

KS z oburzeniem.: A ja nie byłam piękna?

JS.: zaskoczony i ze śmiechem: Byłaś, byłaś, to ci mówiłem. Byle co to mi się nie podobało. Jak zerknęliśmy jedno na drugie, tak zerkamy do dzisiaj.

reklama

KS.: Jakoś tak się człowiek spotkał, zobaczył i było czuć, że między nami jest jakaś chemia, choć wtedy tak się tego nie nazywało.

- Wspominali państwo, że początki nie były łatwe. Jak wyglądały pierwszy lata wspólnego życia?

KS.: To były trudne czasy, zupełnie inne niż dziś. Wiele rzeczy po prostu nie było. Brakowało wszystkiego. Trzeba było sobie radzić samemu. Ja przyjechałam do Mielca dopiero po ślubie cywilnym. Wcześniej tutaj nie mieszkałam. Dopiero wtedy poznałam mamę męża i rodzinę. Ale od samego początku bardzo dobrze mnie przyjęli. To byli dobrzy, serdeczni, ludzcy ludzie i od razu poczułam się w tej rodzinie dobrze.

reklama

JS.: Na początku nie mieszkaliśmy jeszcze tutaj. Najpierw było mieszkanie sublokatorskie. Potem były takie baraki - tam, gdzie później była szkoła, a dziś mieści się PCPR. To było takie osiedle, młode rodziny, dzieci się razem bawiły, życie toczyło się blisko siebie. Dopiero w 1964 roku dostaliśmy to mieszkanie i przeprowadziliśmy się tutaj. To była naprawdę wielka radość. To mieszkanie to był dla nas luksus.

KS.: Jak miałam urodzić pierwszą córkę, to Janek uszył sam becik, taki był zdolny. Ja z kolei szyłam ubrania dla dzieci i dla siebie. Jak jechaliśmy gdzieś na wesele czy do rodziny, dzieci zawsze były ładnie ubrane, bo wszystko robiłam sama. Były modne falbanki, więc szyłam sukieneczki z falbankami. Tak się dbało o rodzinę, chociaż czasy były trudne.

- Czy od początku wszystko robili państwo razem?

JS.: Tak, praktycznie wszystko. U nas od początku rodzina była na pierwszym miejscu. Nie było czegoś takiego, że każdy żyje osobno albo tylko obok siebie. Było wspólne życie. Ja po pracy wracałem prosto do domu. Jakoś tak się złożyło, że tu w okolicy nie miałem kolegów. I to wyszło na dobre: nie chodziłem na piwo, nie znikałem gdzieś z nimi. Dzieci czekały, rodzina czekała, więc wracałem do domu. Były takie czasy, że szkoda było każdego grosza i zamiast wydawać na jakieś przyjemności, człowiek myślał, co kupić dzieciom, co jest potrzebne do domu.

KS.: Ja długo nie pracowałam, bo zajmowałam się dziećmi. To też były takie czasy, takie warunki życia. Dzieci były małe, trzeba było być przy nich. Dopiero później wróciłam do pracy, kiedy były już trochę odchowane. Ale wcześniej całe serce było przy domu. Wspólnie wychowywaliśmy dzieci, wspólnie jeździliśmy, wspólnie chodziliśmy do kościoła. Nawet na działkę jeździliśmy razem. Wszystko było razem. I to bardzo ważne.

- W państwa opowieści bardzo mocno wybrzmiewa rodzina.

Jak wyglądało wychowywanie dzieci?

KS.: Dzieci były centrum naszego życia. To nie było tak, że rodzice żyli sobie, a dzieci gdzieś obok. Byliśmy naprawdę razem. Kiedy dzieci były małe, wszystko kręciło się wokół nich. Janek wracał z pracy i od razu był przy dzieciach. Ja zajmowałam się domem, szyciem. Każde z dzieci miało swoje miejsce, każde było ważne. Pamiętamy różne sytuacje z tamtego czasu. Córka była bardzo samodzielna. Kąpała młodszego brata, pomagała. To były inne czasy - dzieci szybciej dojrzewały, szybciej stawały się odpowiedzialne. Jak człowiek dziś o tym myśli, to aż się uśmiecha. Wszystko było bardziej wspólne i bardziej rodzinne.

JS.: Dzieci były z nami bardzo związane. Nawet jak zawiozło się je do babci, to często jeszcze tego samego dnia wracały do domu. Babcia chętnie je brała, lubiła wnuki, ale dzieciom najlepiej było u siebie, z rodzicami. Widać było, że ten dom rodzinny jest dla nich najważniejszy. To była dla nas wielka radość, ale też potwierdzenie, że to w tym naszym życiu robimy dobrze.

- Wspominali państwo także o codziennej zaradności i o tym, że dużo rzeczy robiło się samemu. Jak to wyglądało?

KS.: Takie były czasy - jeśli człowiek czegoś nie zrobił sam, to często po prostu tego nie miał. Ja dużo szyłam. Ubranka dla dzieci, sukienki, różne rzeczy do domu. On z kolei był złotą rączką. Robił naprawdę wszystko - szył, naprawiał, wykonywał różne rzeczy własnymi rękami. Potrafił zrobić, co było potrzebne. Była stolarka, były naprawy, było wszystko.

JS.: Pamiętamy też takie drobne rzeczy, które dziś wydają się może zwyczajne, a wtedy były czymś wielkim. Córka dostała kiedyś zadanie domowe, żeby zrobić lampkę nocną. No i oczywiście w domu trzeba było to wymyślić, zrobić, złożyć. Udało się, lampka świeciła. Tak samo z zabawkami - dawniej dzieci nie miały wszystkiego kupionego. W dzieciństwie robiło się lalki z kukurydzy, z włosów kukurydzianych, dla swoich dzieci szyłam lalki ze szmatek. Zwykła szmatka, trochę pomysłu i już była zabawka, sukienka, fryzura.

- Czego nauczyło państwa małżeństwo przez te 70 lat?

KS.: Przede wszystkim zgody, wyrozumiałości i tego, że trzeba się dogadywać. U nas nie było wielkich kłótni. Oczywiście, jak w każdym domu, czasem ktoś coś powiedział, czasem były drobne sprzeczki, ale nigdy nie było czegoś, co by niszczyło rodzinę. Najważniejsze było to, żeby rozumieć, wybaczać, nie trzymać urazy, nie rozliczać się z każdego słowa.

JS.: Nigdy nie było takiego podejścia: „to moje”, „to twoje”. Wszystko było wspólne. Wspólne życie, wspólne troski, wspólne pieniądze, wspólne dzieci, wspólne decyzje. To chyba bardzo ważne. Człowiek nie może myśleć tylko o sobie. Musi patrzeć na rodzinę, na dzieci, na to, żeby wszystkim było dobrze. My to dużo rozmawiamy, nieraz opowiadamy sobie kilka razy o tym samym, ale to nie szkodzi, nawet jak już się zna na pamięć, to i tak się słucha. Herbatę razem pijemy.

- Wnuki przygotowały dla państwa wyjątkowe kalendarium na 70-lecie. Jakie to było uczucie?

KS.: Wzruszenie i myśleliśmy skąd one tyle wiedzą, jak, kiedy to było? Ale potem człowiek sobie uświadomił, że przecież tyle lat im opowiadaliśmy, że one słuchały, siedziały tu, przy rurze od grzejnika w korytarzu, dopytywały, powtarzało się te historie. Mamy dwoje dzieci, pięcioro wnuków, i siedmioro prawnuków. Tak się człowiek cieszy z nich, to jest największa nasza radość. Piękne było to życie - nie mamy nawet czego żałować - i warto żyć dalej, bo jest dla kogo.

JS.: Cieszy nas, że udało się przejść przez to życie razem. Warto było się starać.

- Jaki jest więc sekret szczęśliwego małżeństwa według państwa? Co powiedzieliby państwo młodym ludziom, którzy

planują rodzinę lub już ją mają?

JS.: Przyjaźń to jest podstawowa sprawa, następna po miłości i zakochaniu. Trzeba być razem naprawdę. Nie tylko obok siebie, ale razem. Żeby się szanować, rozumieć, przebaczać, nie kłócić się o drobiazgi i nie stawiać siebie zawsze na pierwszym miejscu. Rodzina jest najważniejsza. Dzieci, dom, codzienne życie - to trzeba budować wspólnie.

KS.: Dziś ludzie czasem bardziej patrzą na siebie, na własną wygodę, a przecież szczęśliwe życie tworzy się razem. Trzeba umieć ustąpić, umieć pomóc, umieć zrezygnować z czegoś dla drugiej osoby albo dla dzieci. Trzeba mieć cierpliwość i serce.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo