Gdyby zwierzęta umiały mówić, dziś nad powiatem mieleckim unosiłoby się jedno wielkie „dziękuję”. Historia pana Jerzego to opowieść o bezgranicznym oddaniu, które dziś wydaje się niemal nierealne.
To jedna z tych chwil, w których cała lokalna społeczność mówi jednym głosem, przepełnionym smutkiem, ale przede wszystkim bezgraniczną wdzięcznością. Po ponad trzydziestu latach nieprzerwanej służby, swoją praktykę weterynaryjną w Czerminie zakończył doktor Jerzy Kozioł. Dla wielu mieszkańców regionu stał się symbolem bezinteresowności i etyki zawodowej, o którą w dzisiejszym świecie coraz trudniej. Przez dekady drzwi jego lecznicy były otwarte dla każdego, kto szukał ratunku dla swojego czworonożnego przyjaciela, a postać doktora na stałe wpisała się w krajobraz powiatu mieleckiego jako wzór empatii i skromności.
Lekarz, który nie znał słowa „biznes”
Historia doktora Kozioła to opowieść o człowieku, który ze swojej pracy nigdy nie uczynił chłodnego biznesu, choć przy jego doświadczeniu i renomie mógłby to zrobić bez trudu. W świecie, gdzie specjalistyczne zabiegi weterynaryjne potrafią zrujnować domowy budżet, on wyznawał zupełnie inne zasady. Mieszkańcy wspominają, że wielokrotnie za skomplikowane operacje czy kastracje pobierał jedynie symboliczną opłatę, a nierzadko leczył zwierzęta zupełnie bezpłatnie, wiedząc, że właściciela nie stać na ratunek dla pupila. To właśnie dzięki jego postawie i przystępnym cenom, które często stanowiły zaledwie ułamek stawek w dużych klinikach, udało się realnie ograniczyć bezdomność zwierząt w naszym regionie. Ludzie zwozili do niego psy i koty z odległych zakątków, wiedząc, że doktor nigdy nie odmówi pomocy.
— Często nie brał pieniędzy, przyjmował zasadę „co łaska”. Ludzie przynosili mu jajka od kur czy inne domowe dary, a on zawsze z uśmiechem przyjmował te upominki — wspominają mieszkańcy.
Jego oddanie pracy było niemal legendarne i wykraczało daleko poza standardowe godziny przyjęć. Doktor Jerzy Kozioł pracował od świtu do późnej nocy, a telefon od zrozpaczonego właściciela odbierał o każdej porze, bez względu na zmęczenie. Często zdarzało się, że po wyczerpującym dniu pełnym trudnych przypadków, zamiast udać się na spoczynek do domu, drzemał zaledwie dwie godziny w swojej lecznicy, by o świcie powitać pierwszych pacjentów czekających w kolejce. Był lekarzem z powołania w najczystszym tego słowa znaczeniu – człowiekiem, który potrafił poświęcić własny komfort i sen, by ulżyć w cierpieniu niemym stworzeniom.
Pod wiadomością o zakończeniu przez niego praktyki lekarskiej wybuchła prawdziwa lawina podziękowań i wzruszających wspomnień. Mieszkańcy zgodnie podkreślają, że drugiego takiego lekarza już nie będzie, a jego odejście to nieodżałowana strata dla wszystkich miłośników zwierząt. Wśród głosów płynących z serca czytamy, że był to wybitny specjalista, który nigdy się nie wywyższał i zawsze zachowywał niezwykłą kulturę osobistą. Jedna z mieszkanek zauważyła trafnie, że doktor Kozioł jest lekarzem, który ze swojej pracy nie uczynił dochodowego interesu. Inni dodają, że był to anioł, nie człowiek, który kazał przyjeżdżać do siebie nawet po godzinach, byle tylko podać konieczny zastrzyk.
Wielu właścicieli zwierząt podkreśla, że doktor był dla nich ogromnym wsparciem w najtrudniejszych chwilach, kiedy musieli żegnać swoich pupili. Zawsze miły, wyrozumiały i cierpliwy, traktował każdego pacjenta z taką samą troską, bez względu na to, czy był to rasowy pies, czy bezdomny kot przyniesiony z ulicy.
„Gdyby te wszystkie zwierzęta umiały mówić, opowiedziałyby o sercu, które pan doktor wkładał w każdą wizytę” – mówią włąsciciele czworo- i dwunogów.
To powszechne przekonanie, że mamy do czynienia z postacią nietuzinkową, która swoją skromnością i pracowitością zawstydza nowoczesne standardy.
Pasja pana Jerzego nie znała ram czasowych. Pracował do późnych godzin nocnych. Zdarzało się, że zamiast wracać do domu, drzemnął się dwie godziny na kanapie w lecznicy, by o świcie znów otwierać drzwi dla kolejnych pacjentów.
Nie odmawiał nigdy. Telefon odbierał o każdej porze, a jego dom często stawał się filią gabinetu. Jeździł swoją wysłużoną Toyotą wszędzie tam, gdzie potrzebna była pomoc, nie patrząc na prestiż czy wygodę.
W komentarzach, które spłynęły do naszej redakcji, jedno określenie powtarza się najczęściej: „to anioł, nie człowiek”. Właściciele zwierzą piszą wprost, że drugiego takiego lekarza z powołania, który każdą wizytę traktował z sercem na dłoni, po prostu już nie będzie. Dla wielu był on wzorem, którego nie da się zastąpić żadną nowoczesną kliniką, bo w jego gabinecie liczyło się przede wszystkim życie, a nie stan portfela właściciela.
Zasłużony odpoczynek
Pan Jerzy Kozioł kończy swoją misję w Czerminie, zostawiając pustkę, którą trudno będzie zapełnić. Wyleczył tysiące mniejszych i większych „przyjaciół”, zawsze pozostając skromnym, kulturalnym i niewywyższającym się człowiekiem.
Redakcja Korso przyłącza się do podziękowań. Panie Doktorze, dziękujemy za lekcję empatii i za każdą uratowaną łapę. Życzymy dużo zdrowia na zasłużonej emeryturze!
Komentarze (0)