Reklama

Marzenia siłą napędową do nauki języka

Opublikowano:
Autor:

Marzenia siłą napędową do nauki języka - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Promowane Odkąd pamiętam zawsze chciałam podróżować i zwiedzać świat. Będąc jeszcze uczennicą szkoły podstawowej przyrzekłam sobie, że spełnię swoje marzenia. Wtedy nawet mi samej wydawały się nierealne. Koleżanki i koledzy z politowaniem spoglądali na mnie, gdy mówiłam jakie kraje chciałabym w przyszłości odwiedzić, w które zakątki świata się udać. Gdy odbierałam życzenia urodzinowe i słyszałam, żeby ci się spełniły twoje najskrytsze marzenia, oczami wyobraźni widziałam siebie stąpającą po Murze Chińskim czy przechadzającą się uliczkami Hiszpanii. Podobno trzeba marzyć, bo od naszych wyobrażeń wszystko się zaczyna. Czy to prawda?

Gdy zdałam maturę miałam dwa wyjścia, studia lub praca bez kwalifikacji. Po liceum ogólnokształcącym jedyną słuszną opcją wydawała się kontynuacja nauki na wybranej specjalności. Nie każdy jednak w wieku 19 lat wie co chciałby studiować. A czy warto zaczynać naukę bez takiej wiedzy? Pewnie jest to indywidualna interpretacja każdej, osobnej historii. Ja wybrałam pracę. Mając średnie wykształcenie można w Polsce pracować np. w sklepie. I od tego zaczęłam swój zawodowy staż. Pół roku spędziłam jako ekspedientka, ucząc się obsługi kasy fiskalnej i zgłębiając tajniki obsługi klienta. Wyuczony uśmiech, który musiał mi towarzyszyć w pracy nawet w kryzysowych sytuacjach, jak się okazało za kilka lat przydał się również w innym zajęciu. 

Nigdy nie lubiłam siedzieć dłużej w jednym miejscu. Ciekawość świata i ludzi była u mnie na tyle duża, że postanowiłam rzucić pracę w sklepie i wyjechać w nieznane. Odłożony przez pół roku grosz pozwolił mi zrealizować swój plan. Od zawsze lubiłam się uczyć, a poznawanie innych języków było moją pasją od dzieciństwa. Nauka hiszpańskiego pochłaniała każdą moją wolną chwilę. Inne dzieci biegały na lekcje pływania, piłki nożnej, baletu, a ja uczyłam się języków. Nie było to łatwe, gdyż wiedzę przyswajałam samodzielnie. Warunki materialne rodziny nie pozwalały, abym korzystała z korepetycji. Więc używając książek i płyt uczyłam się systematycznie języków, podświadomie marząc, że ich znajomość wykorzystam kiedyś w sowich podróżach. 

Pojechałam na Teneryfę. Moja ekscytacja sięgała zenitu. Moja pierwsza podróż zagraniczna odbyła się na Wyspy Kanaryjskie. Bardzo szybko okazało się, że moja nauka hiszpańskiego nie poszła w las. Teneryfa to hiszpańska wyspa, z powodzeniem można się na niej porozumiewać po angielsku, ale lokalni mieszkańcy mówią po hiszpańsku. Poczułam się tam jak w domu. Przez pół roku wykonywałam kilka zajęć. Najpierw pracowałam zbierając banany, ale krótko. Zbyt monotonne to było zajęcie jak dla mnie. Potem byłam kelnerką, a na koniec sprzedawcą. Życie na wyspie toczyło się leniwie, w tempie wolniejszym niż w Polsce. Ludzie byli bardziej przyjaźni i uśmiechnięci, być może z powodu sprzyjającej przez cały rok pogody. Jednak dla mnie 6 miesięcy okazało się zbyt długim czasem spędzonym w jednym miejscu. Od dawna rodził mi się w głowie pewien plan.

Postanowiłam zostać stewardessą. Ja, dziewczynka z małego miasteczka ze wschodniej Polski zaczęłam nie tylko marzyć, ale działać, aby te pragnienia stały się rzeczywistością. Wróciłam do Polski, do Warszawy aby aplikować do jednej z firm lotniczych. Nie wymagano wyższego wykształcenia, a moja znajomość języków powinna być atutem. Nie miałam co prawda certyfikatów potwierdzających, że mówię w kliku obcych językach biegle, ale postanowiłam spróbować. No i się udało. Zaczęłam nową przygodę. Praca moich marzeń jednak trochę mnie rozczarowała. Głównie latałam na tzw. "zawrotki" bez pobytu w danym kraju. Czyli leciałam z pasażerami w jedną stronę, a po ich wyjściu wraz z resztą personelu przygotowywałam samolot do kolejnego lotu i wracałam z powrotem do Warszawy. Sama praca była w porządku, miałam kontakt z wieloma ludźmi, mogłam szlifować obce języki, ale nadal nie urzeczywistniałam marzeń. Nie zwiedzałam świata. Jedyne co widziałam to lotniska. 

Po dwóch latach w tanich liniach lotniczych uznałam, że czas na zmiany. Nauczona doświadczeniem, postanowiłam próbować rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się nieosiągalne. Zdecydowałam aplikować na stanowisko stewardessy do linii arabskich. Nauka hiszpańskiego również podczas tej rekrutacji okazała się strzałem w dziesiątkę. Dostałam się i rozpoczęłam pracę w jednej z najlepszych linii lotniczych. Przez dwa lata zwiedziłam tyle krajów, że nawet o tym nie śniłam. Jedno stwierdzenie nasuwa mi się na koniec, że warto marzyć i nie bać się tych marzeń urzeczywistniać.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE