Reklama

Reklama

Z Holandii do Mielca... na piechotę

Opublikowano: ndz, 12 wrz 2021 15:00
Autor:

Z Holandii do Mielca... na piechotę - Zdjęcie główne

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości "Wędrówką jedną życie jest człowieka". Tak metaforycznie przed laty pisał poeta, Edward Stachura. Dawid pochodzący z Mielca odbywa jednak jak najbardziej realną wędrówkę. Okupioną bólem, odciskami, ale niezwykłą. Idzie bowiem do nas aż z Holandii!

Dawid Jarosz przed miesiącem rozpoczął wielką wędrówkę - z Holandii, gdzie pracował przez kilka lat, idzie do swojego rodzinnego Mielca. Co go do tego skłoniło? Jak radzi sobie z trudami drogi? 

- Mieszkałem w Holandii ponad 9 lat, od 2012 roku – relacjonuje Dawid. - Tam pracowałem: najpierw na zmywaku, potem jako pomoc w kuchni, następnie jako kucharz, a potem w fabryce BMW i na magazynie, w hotelu 4-gwiazdkowym. Sprzątałem pokoje, czyściłem sauny i inne tego typu rzeczy. Pracowałem też w zieleni. Wyrywałem chwasty i kosiłem trawę, np. na rondach, rowach itd. Spędziłem tam kawałek mojego życia.

- Wyjechałem tam całkiem sam, bez języka, bez niczego, wszystko zaczynałem od nowa – mówi. - Było ciężko, ale się udało. A teraz do Polski chcę zjechać już na stałe. Fajnie byłoby zostać w kraju, otworzyć coś swojego.

Od morza do Mielca

Większość emigrantów wraca jednak bardziej konwencjonalnym środkami transportu, jak samochód czy samolot. Mało kto – a wręcz nikt – nie podejmuje podobnego wyzwania.

- Chciałem wrócić, ale nie tak zwyczajnie, autem czy busem. Pragnąłem przeżyć coś niezwykłego, zrobić coś ciekawego, a jednocześnie wykorzystać to, że wracam, i wrócić z przytupem – przyznaje Dawid. -  Wpadłem więc na pomysł, że pójdę pieszo, zrobię coś, czego inni nie robią. Aby dać przekaz, że zwykła osoba, która siedzi w domu przed telewizorem, albo obraca się w kieracie praca – dom, może zrobić coś niezwykłego. Nie miałem tam zbyt dużo czasu, by spędzić go samemu ze sobą, bo pracowało się sześć, czasem siedem dni w tygodniu, przez długie lata. Chciałem w końcu pobyć sam ze sobą, odbyć wędrówkę, a przy okazji przekonać się, czy  zwykły człowiek jest w stanie bez szczególnych przygotowań (oprócz kupienia sprzętu) podjąć się takiego wyzwania. To moja pierwsza tak długa wędrówka, nie robiłem takich rzeczy, więc to taki swego rodzaju teścik. Stwierdziłem, że to ostatni moment, żeby spędzić tak długi czas sam na sam, mając za towarzysza tylko naturę i swoje myśli. Wcześniej była pandemia, więc wszystko było zamknięte. A po powrocie do Polski chciałbym ustatkować się, założyć rodzinę, więc wtedy ciężko byłoby wyruszyć w taką podróż. Więc to ostatni dzwonek na podobne przygody.

Mam wyznaczoną w aplikacji trasę, od lewej strony Holandii, od morza, miasta Renesee, do Mielca. Zbaczam jednak z tego kursu, gdy mam w pobliżu jakiś kamping, jeśli widzę coś ciekawego, to zatrzymuję się, robię zdjęcia... 

 Nocleg pod wiatrakiem 

Jak wygląda życie na trasie? 

-  Wstaję rano i sprawdzam, gdzie będę spać następnej nocy - śmieje się Dawid. - Teraz już staram się wcześniej dzwonić,  bo dużo razy odesłano mnie z kwitkiem. Ale kilka osób mi pomogło, przyjęli mnie poza godzinami, gdy było już zamknięte, czasem dali się coś napić ciepłego, wysuszyli ciuchy, dostałem też karteczkę z podstawowymi słówkami niemieckimi... A nie zawsze jest gdzie nocować, czasem nie zdąży się dojść do hotelu, kempingu...  Wtedy śpi się tam, gdzie można. Trzeba pokonać strach, bo często śpi się po ciemku, w namiocie, gdzieś w obcym kraju, w obcym lesie, gdzie nie wiesz, kogo i co spotkasz. Spałem  kilka razy w lesie, spontanicznie, ale zazwyczaj na kempingach. 

Raz spałem pod dużym wiatrakiem, nie polecam, bo strasznie hałasuje, do tego cały czas wieje wiatr, namiot mało co nie odleciał... A kiedy indziej znów - w rowie, w którym płynęła rzeczka. A zaczęło się od tego, że była 11 w nocy i nie miałem miejsca do spania. W pobliżu był niewielki cmentarz -  pomyślałem, że mogę rozbić tam namiot, trawa była nisko skoszona, nie było wysokich krzewów, do tego miejsce to było ogrodzone, wokół mnie figury Jezusa, Maryi... Aż tu nagle na cmentarz weszła jakaś para z latarką. Nie wiem, czy to była randka, ale jeśli zabiera się dziewczynę w nocy na cmentarz, to powodzenia – śmieje się Dawid. - W każdym razie poczułem się nieswojo, więc poszedłem do tego rowu i tam spędziłem noc.

Telefon, mycie i jedzenie

 - Telefon ładuję w miejscach, gdzie mogę to robić, czyli w restauracjach, fast-foodach, hotelach, kempingu, raz nawet znalazłem w kaplicy miejsce do ładowania! - relacjonuje Dawid.  - Bo na początku trasy, w Holandii, odwiedziłem kilka kościołów, które były pozamieniane na różne muzea, dyskoteki, hotele...  Mam 3 powerbanki, staram się je naładować na fulla, żeby były pod ręką, kiedy będę musiał spać w lesie. Bo były już takie dni, że 2 razy pod rząd musiałem spać w lesie.  Z myciem też nie jest łatwo, kupiłem sobie wprawdzie chusteczki i używam ich, przecieram ciało... Nie jest to wystarczające,  czuję się nieswojo, wiadomo jak to jest, gdy człowiek nie myje się dwa, trzy dni normalnie... 

 Staram się robić dziennie między 20 a 40 km. Co ok. 10 km staram się robić przerwę, i szukam miejscówek, gdzie mogę coś zjeść. Jeśli znajdę, to tam siadam i jem, a jeśli nie, to mam ze sobą duży plecak – o pojemności 65 litrów. Mieszczę w nim wszystko: jest tam śpiwór, woda, pojemnik na jedzenie. Co jakiś czas idę do sklepu i kupuję dwie bułki czy suchy prowiant, i te rzeczy leżą w plecaku do momentu, gdy serio nie będę miał co zjeść po drodze. To taka awaryjna opcja. Mam też dwie butelki wody, jedna jest do picia, uzupełniam ją w każdym miejscu, gdzie się zatrzymuję. Druga butelka jest przeznaczona na sytuacje awaryjne - jeśli musiałbym zatrzymać się w lesie, albo byłbym w miejscu, w którym nie ma gdzie zjeść. Wykorzystuję tę wodę, żeby ją zagotować, mam garnuszek, zalewam sobie jedzenie, czekam, mieszam i obiad gotowy. Zawsze staram się tę kanapkę mieć przy sobie, jeśli nie będę miał innej opcji, albo zabłądzę. 

Życie na plecach

Plecak w wypadku Dawida zastępuje cały dom. Co w nim niesie?

- Bagaż jest ciężki - przyznaje. - Dawałem go kilku osobom po drodze do poniesienia, bo byli ciekawi. Jednogłośnie stwierdzili, że ma ponad 25 kilo. Są tam rzeczy niezbędne, więc trzymam go zawsze przy stole, staram się kłaść tak, żeby nie był na widoku, żeby nikogo zbytnio nie zainteresował.  W restauracjach siadam przy barze czy w miejscach, gdzie jest obsługa, żeby nie kusić losu. Plecak zawsze zamykam, żeby ktoś, kto chciałby do niego sięgnąć, musiał go rozsupłać, rozsunąć. Jest z tym trochę roboty, więc ktoś by zauważył chętnego na cudzą własność.  Ale portfel, telefon, te najważniejsze rzeczy biorę ze sobą. Więc gdyby coś zginęło, zawsze sobie jakoś poradzę. 

Nie ma, że boli

Ale plecak swoje waży, a podczas gdy w Holandii było dosyć płasko, w Niemczech droga wiedzie urozmaiconą trasą góra – dół, góra – dół. Jak wytrzymuje to organizm?

- Stopy nie wytrzymują tyle, ile by się chciało – przyznaje Dawid.  - Potrzebują odpoczynku, mam też kremy, którymi smaruję nogi. Nie można przesadzać z kilometrami. Kilka razy mi się to zdarzyło i musiałem to "odchorować". Miałem odciski, nogi bolały, ale musiałem iść dalej. Do tej pory zrobiłem dwie jednodniowe przerwy. Musiałem odpocząć - nogi odmawiały posłuszeństwa. Barki i miednica też bolą od dźwigania plecaka. Zmęczone są kolana, stopy i palce... Palce cierpią szczególnie na górzystych terenach. Pięta zaczęła boleć już na początku, porobiły się pęcherze, które staram się na bieżąco smarować i masować, żeby wspomóc gojenie. Spuchły też tylne ścięgna. 

- W butach miałem zwykłą wkładkę, nie pomyślałem, by kupić jakąś specjalistyczną. Dopiero kiedy przeszedłem Holandię, kupiłem miękkie wkładki. Wymieniłem je, ale były za wąskie i zaczęły mnie boleć stopy Stwierdziłem więc, że założę dwie, nową pod spód, oryginalną na górę, i to nawet się sprawdza - ciągnie Dawid. 

Idę, choćby nie wiem co!

Czy podczas wędrówki nie dokucza samotność? 

- Pytałem kilku osób, czy nie chciałyby mi towarzyszyć, ale odmówiły, bo gdzie znaleźć drugiego takiego "głupka", który idzie tyle kilometrów, z takim ciężarem? - śmieje się Dawid. - Na początku chciałem iść sam. Potem inni doradzali mi, że fajnie byłoby w dwie osoby, bo raźniej, bezpieczniej, ale ostatecznie wybrałem samotną drogę. Czasem mnie kusi, żeby wsiąść do autobusu czy autostopu. Były takie momenty, że wyczekiwałem, czy nie nadjeżdża jakieś auto i planowałem już sobie, że zapytam kierowcy, czy mnie weźmie ze sobą. Jedzie – a ja nic. Ponaglałem sam siebie, żeby zapytać, obiecywałem sobie, że przy następnej okazji już zapytam - ale nigdy się na to nie zdecydowałem.

- Były też momenty, że to ludzie zatrzymywali się i pytali, czy nie potrzebuję jakieś pomocy, podwózki, Mówiłem, że nie, nawet jeśli padał deszcz i było późno. Powiedziałem sobie, że idę na piechotę i nie zrezygnuję, nawet jeśli miałby padać śnieg, grad, nogi by odpadły – to dojdę.

Najgorzej jest, gdy idę ulicą. Jadą co chwila auta, widzę wokoło domy, w których ludzie śpią sobie smacznie w łóżkach, a ja idę w deszczu i myślę sobie, jak dobrze byłoby wsiąść do ciepłego auta i zastanawiam się, czy to w ogóle jest tego wszystkiego warte... Ale warto. Nawet dla samego siebie, Będę mógł opowiedzieć wnukom, że zrobiłem taką rzecz i się nie poddałem!

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (2)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

  • 7 dni temu | ocena +0 / -0

    Mary

    Mój mąż rozwiódł się ze mną, kiedy byłam w szóstym miesiącu ciąży z naszym drugim dzieckiem. Kłóciliśmy się nieustannie od dnia poczęcia naszego pierwszego dziecka, nie było już od niego miłości ani zaufania, więc rozwiódł się ze mną. I wszystkie te próby, próbowałem na różne sposoby sprowadzić go z powrotem, próbowałem też kilku różnych czarodziejów, ale żadna z nich nie mogła przywrócić mi mojego mężczyzny. Dopiero dr Muda gwarantował mi pilne rzucenie zaklęcia 48-godzinnego i zapewniał, że mój mąż znów będzie ze mną. Piszę, aby podziękować Ci za spełnienie obietnic i za wykorzystanie swoich utalentowanych i wielkich mocy, aby sprowadzić mojego męża do domu. Byłem zachwycony wiedząc, że specjalizujesz się w ponownym zjednoczeniu Kochanków i leczeniu kilku dolegliwości. Mój mąż wrócił i obiecał, że już nigdy mnie nie opuści. Jeśli wątpisz w jego zdolności, zaufaj mi. Powinieneś zaryzykować. Opłaca się w sposób, którego nigdy nie mogłeś sobie wyobrazić. uprzejmie prosimy o kontakt z dr mudą, on jest jedyną odpowiedzią na przywrócenie zerwanego związku lub małżeństwa, e-mail: [email protected] lub WhatsApp: +2347083653387

  • 9 dni temu | ocena +2 / -0

    Airam

    Powodzenia i dobrej pogody.proponuje pisanie pamietnika (moze kiedys zostac "podkladem "do interesujacej ksiazki)