Po wycince drzew
Budowa nowego budynku wielorodzinnego na działce nr 919/19, u zbiegu al. Ducha Świętego i ul. Kilińskiego w Mielcu, od kilku miesięcy budzi sprzeciw części mieszkańców pobliskich bloków, o czym informowaliśmy Państwa na łamach Korso. Inwestycja Mieleckiej Spółdzielni Mieszkaniowej zakłada powstanie nowych mieszkań i miejsc parkingowych na terenie, który przez lata był porośnięty drzewami.
Mieszkańcy wcześniej protestowali przeciwko planom zabudowy, wskazując między innymi na utratę zieleni i pogorszenie warunków życia. Mimo sprzeciwu prace budowlane rozpoczęły się, a drzewa zostały wycięte już w początkowej fazie. Od tamtej pory sąsiedzi inwestycji skarżą się na hałas i kurz związany z prowadzonymi robotami.
Teraz do sprawy odnosi się senior, zamieszkujący sąsiedni blok, autor listu otwartego zatytułowanego „List otwarty w obronie wrażliwości: Świat nie należy tylko do gruboskórnych”.
Jego przesłanie wykracza poza samą inwestycję. To głos dotyczący sposobu projektowania przestrzeni miejskiej i potrzeb osób, dla których bliskość przyrody ma szczególne znaczenie.
„Zapomnieliście o człowieku”
Autor listu kieruje swoje słowa do projektantów przestrzeni, władz spółdzielni, deweloperów oraz osób podejmujących decyzje o rozwoju miast. Adresatami nie są jedyne odpowiedzialni za tę konkretną budowę, ale patrzy szerzej, na problem, który od lat dotyczy mieszkańców miast: na oddzielenie ich od natury i pozostawienie ogromnych, betonowych przestrzeni, jako środowiska życia.
Odwołuje się bezpośrednio do wycinki drzew na mieleckim osiedlu. Podkreśla przy tym, że nie kwestionuje samego istnienia dokumentacji i procedur prawnych, które wydają się stać po stronie decydentów. Zarzuca jednak osobom odpowiedzialnym za inwestycje pomijanie potrzeb mieszkańców.
Wiem, macie na to dokumenty. Wiem, prawo i pieczątki są po Waszej stronie. Ale w tym całym prawniczym i biznesowym triumfie zapomnieliście o jednym, najważniejszym elemencie: o człowieku
- pisze autor.
W dalszej części zwraca uwagę, że przez lata mieszkańcy słyszeli argumenty o konieczności rozwoju i nieuchronności zmian w przestrzeni miejskiej. Jego zdaniem w takim podejściu zbyt łatwo pomija się konsekwencje, które ponoszą osoby mieszkające w bezpośrednim sąsiedztwie nowych inwestycji.
Zieleń jako źródło spokoju, a nie tylko ozdoba
Najbardziej osobista część listu dotyczy zdrowia psychicznego. Autor opisuje doświadczenia osób szczególnie wrażliwych na hałas, stres i gwałtowne zmiany w najbliższym otoczeniu. Wskazuje, że dla części mieszkańców widok drzew za oknem nie jest jedynie kwestią estetyki czy etniego cienia. Zielone obszary pozytywnie wpływają na psychikę, koją nerwy, dają poczucie bezpieczeństwa.
W naszym społeczeństwie nie żyją wyłącznie ludzie o grubej skórze, odporni na stres, hałas i wszechobecną szarość. Żyją tu także ludzie skrajnie wrażliwi. Ludzie tacy jak ja – którzy przeszli przez piekło ciężkiej depresji, którzy miesiącami walczyli o powrót do równowagi, a szpitalne mury zamienili na mozolne odbudowywanie swojego życia w domowym zaciszu.
- czytamy w liście. Osobiste wyznanie, dotyka także szerszego problemu, który coraz głośniej wybrzmiewa w dyskusie publiczym. Chodzi o depresję wśród senirów. Z różnych powodów - często ze względu na śmierć ukochanej osoby czy też zakończenie kariery zawodowej - osoby starsze zmagają się z rozpadem świata, który znali. Prowadzi to do psychicznego załamania i konieczności stworzenia życia na nowo, co nie jest łatwe. Autor listu wskazuje, że odbieranie seniorom możliwości kontaktu z naturą i otaczanie ich przysłowiowym już betonem, ma dużo powazniejsze skutki niż tylko niechęć społeczna do danej instytucji.
Autor przekonuje, że drzewa, ich cień i szum liści pomagały mu radzić sobie z codziennymi trudnościami. Utratę zieleni przedstawia więc nie tylko jako zmianę krajobrazu, ale również jako odebranie przestrzeni, która dawała mu poczucie ukojenia.
Dla osoby po kryzysie psychicznym, dla kogoś zmagającego się z plagą współczesnych nerwic, widok zieleni za oknem to nie jest kwestia estetyki. Te drzewa, ten szum liści, ta odrobina natury pod oknem to była nasza kotwica. To było nasze lekarstwo, nasza tarcza obronna przed lękiem i bodźcami, które nas przytłaczają. Kiedy wycinacie te drzewa i wylewacie beton, niszczycie nasze naturalne sanatorium. Zabieracie nam przestrzeń do zdrowienia.
- czytamy.
To osobiste świadectwo autora, a nie medyczna ocena skutków konkretnej inwestycji. Pokazuje jednak perspektywę, która rzadziej pojawia się w dyskusjach o nowych budynkach, parkingach czy zagospodarowaniu miejskich działek.
„Stajemy się społeczeństwem znieczulicy”
W liście pojawia się również krytyka sposobu, w jaki autor postrzega współczesne planowanie przestrzenne. Zwraca uwagę na sytuacje, w których korzyści ekonomiczne z nowych inwestycji mogą przeważać nad potrzebami dotychczasowych mieszkańców.
Jego zdaniem decyzje o zabudowie powinny uwzględniać nie tylko liczbę nowych mieszkań i potencjalne zyski, ale również warunki życia osób, które od lat mieszkają w danej okolicy.
Rozumiem, że żyjemy w świecie kapitalizmu, gdzie liczą się metry kwadratowe i zysk ze sprzedaży kolejnych mieszkań. Ale kiedy chęć zarobku staje się ważniejsza niż zdrowie psychiczne mieszkańców, którzy spędzili tu dekady, przekraczamy granicę humanitaryzmu. Stajemy się społeczeństwem znieczulicy, w którym człowiek schodzi na drugi, a może i trzeci plan.
Podkreśla przy tym, że nie pisze listu po to, aby przedstawiać siebie jako ofiarę. Chce zwrócić uwagę na problem, który jego zdaniem dotyczy znacznie większej grupy osób.
Apel do władz miasta, inwestorów i dziennikarzy
W końcowej części dokumentu autor zwraca się również do dziennikarzy, publicystów i osób, które mają wpływ na debatę publiczną. Jak zapewnił, jego list trafił do wielu redakcji. Apeluje, aby nie przemilczać konsekwencji przekształcania zielonych terenów w kolejne miejsca zabudowy. Zwraca uwagę na potrzebę projektowania miast z myślą o różnych grupach mieszkańców, także tych, którzy szczególnie potrzebują ciszy i bliskości przyrody.
List kończy się słowami:
„Prawdziwy rozwój miasta poznaje się po tym, jak dba ono o swoich najsłabszych i najbardziej wrażliwych mieszkańców, a nie po tym, ile wyleje betonu”.
To zdanie stanowi podsumowanie całego apelu. W przypadku inwestycji przy al. Ducha Świętego i ul. Kilińskiego budowa już trwa, a wyciętych drzew nie da się przywrócić w ich dotychczasowej postaci. List pokazuje jednak, że dla części mieszkańców sprawa nie zakończyła się wraz z rozpoczęciem prac, a wciąż jest jątrzącą się raną.
Pozostaje również pytanie o to, jak w przyszłości pogodzić potrzebę budowy nowych mieszkań z ochroną zieleni i komfortem osób już zamieszkujących dane osiedla.
Komentarze (0)