Giovanna Jakimowicz: Zarząd Polski 2050 na Podkarpaciu chciałby odnieść się do słów wypowiedzianych przez panią poseł na temat sytuacji w partii. Rozumiem, że nie wszystko, co padło z jej ust, uważacie za prawdę.
Adam Kuśnierz: Szczerze mówiąc, mało co z tego, co powiedziała, jest prawdą. Zacznę od tego, że bardzo nam przykro, że osoba, z którą znamy się od 2020 roku i od samego początku tworzyliśmy ruch w Mielcu, decyduje się na taki krok. Jednakże merytorycznie odniosę się do zarzutów, które padły. Naszym celem nie jest atakowanie ani dyskredytowanie kogokolwiek, ale rzeczowe odniesienie się do wywiadu, który pojawił się na Państwa portalu. Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że występuję w imieniu całego zarządu regionu podkarpackiego partii Polska 2050 Szymona Hołowni.
"Zostałam wypchnięta z zarządu regionalnego, czyli odebrano mi prawo do wpływania na to, co się dzieje" – tak powiedziała poseł Burkiewicz, co wydaje się poważnym zarzutem wobec struktur, które powinny być "macierzą" dla posła. Jak do tego doszło?
To, o czym mówi Elżbieta Burkiewicz w wywiadzie, nie miało miejsca. Rozumiem, że poczuła się niechciana, ale myślę, że podłoże emocjonalne dotyczy również innych posłów, którzy odeszli z partii. Sytuacja na Podkarpaciu jest w pigułce tym, co potem ujawniły wybory ogólnopolskie w partii.
Ujawniły one wielkie podziały.
Na Podkarpaciu organizacyjnie jesteśmy podzieleni na dwa koła, które odpowiadają okręgom wyborczym: 23. rzeszowski i 22. południowy. Niedawno odbyły się wybory w Kole Rzeszowskim, które zostały przegrane przez panią Burkiewicz i jej frakcję. Pani Burkiewicz w ogóle się do tego nie odnosiła, ponieważ nie miała się do czego "przyczepić". Potem odbyły się wybory w regionie rzeszowskim oraz podkarpackim, a wyniki tych pierwszych zostały podważone. Ktoś zauważył, że wśród osób głosujących była jedna, która nie miała prawa głosować.
Partia nie sprawdza uprawnień swoich członków przed głosowaniem?
Jest do tego wyznaczona osoba, a tą osobą była wówczas poseł Elżbieta Burkiewicz – pełniła wtedy funkcję skarbnika koła i skarbnika regionu.
W strukturach nie znaleziono miejsca dla pani poseł po zwycięstwie Damiana Szubarta?
Po wyłonieniu przewodniczącego, burmistrza Łańcuta, postaci, co do którego rzetelności i reputacji nikt nie ma wątpliwości, pani Burkiewicz zaproponowano stanowisko członka zarządu w regionie. Jednak odmówiła – na to też są dokumenty. W mojej ocenie powodem były emocje: "Chcę być przewodniczącą, a jak nie, to zabieram zabawki."
Pani Burkiewicz jest jednak posłem, czyli najwyższym reprezentantem partii, a także regionu.
Dlatego otrzymała propozycję. Natomiast tendencją, która się pojawiła w całej Polsce, było to, że wiele struktur regionalnych nie zaproponowało posłom, którzy reprezentowali te regiony, żadnych stanowisk.
Dlaczego?
Była to forma wyrażenia dezaprobaty wobec tego, jak nasi posłowie działali na rzecz struktur. Stając się posłami, zapominali, skąd pochodzą, nas, tych niżej, po prostu dla nich nie było. Mówili: "Ja jestem tu, gdzie jestem, dzięki sobie." A sam Szymon Hołownia wspominał wczoraj, że o wielu z tych posłów, mało znanych i obeznanych wtedy ludzi, sam walczył, i ich dzisiejsza pozycja była owocem pracy wielu ludzi na niższym szczeblu. Nie chcieliśmy czegoś takiego i wiele struktur regionalnych tak "ukarało" swoich posłów. My tego nie zrobiliśmy i miejsce zostało zaproponowane.
Kim są posłowie, którzy – jak pan mówi – zapomnieli skąd pochodzą?
To są w większości ci, którzy odeszli.
Poczuli się niedocenieni?
Są dwie drogi pogodzenia się z porażką: wyciągnięcie wniosków albo ucieczka. Oni wybrali tę drugą opcję. I znowu wracamy do emocji, bo uważam, że to była decyzja oparta na subiektywnym chwilowym uczuciu niezrozumienia, urażonej dumy. Pani Burkiewicz od samego początku tworzyła Polskę 2050, mówi o jej DNA, a tak niewiele trzeba było, by to wszystko rzucić. Myślę, że zabrakło zżycia z partią i z osobami, które do niej należą. Pani Hennig-Kloska mówiła w wywiadzie, pani Leo też się zarzekała, że bez względu na wynik wyborów na szczycie naszej partii, one się nigdzie nie wybierają. To nie są – jak widać – wiarygodne osoby. I trzeba tu dodać, że zarówno Szymon Hołownia, jak i pozostali w partii byliśmy i jesteśmy atakowani z różnych stron, czy to przez wygodny duopol, czy przez media i społeczeństwo, ale nie zamierzamy odejść, bo wierzymy w postulaty.
I jak to się odzwierciedla w sytuacji na najwyższych szczeblach?
Po wyborach, gdy wygrała Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, stało się jasne, że część partii nie pogodzi się z tym wynikiem, zaczęły się kłamstwa, oskarżenia. Minister od razu wyciągnęła rękę na zgodę, starała się załagodzić sprawę, zapobiec eskalacji. Oferowała Paulinie Hennig-Klosce współprzewodniczenie Polsce 2050, ale ta odrzuciła tę propozycję. Mechanizm już znany. Potem, na konferencję zostali zaproszeni wszyscy członkowie, a ci przeciwni Pełczyńskiej-Nałęcz po prostu się nie zjawili. Następnie zaproponowano mediację z udziałem niezależnych mediatorów, ale woli nie było.
Co z ustawą "pokojową" czy też "kagańcową", o której poseł mówiła, że jest łamaniem kręgosłupów? Kryzys personalny trudno zażegnać ustawą.
To było nic innego jak tylko próba wyciszenia emocji i danie sobie szansy na rozmowy i podejmowanie decyzji na zjeździe krajowym, który odbędzie się za miesiąc. Pomimo licznych prób mediacji i spotkań, cały czas występowała opozycja, która nie zgadzała się na ustępstwa. Co więcej, dochodziły także argumenty, które, moim zdaniem, były całkowicie chybione. Po wyborach w partii doszło do próby zmiany przewodniczącego klubu w sposób niezgodny z regulaminem. Można to zrobić większością głosów 3/5, ale "druga strona" nie miała tyle. Organizowała się więc potajemnie. Na spotkania przychodzili wszyscy, licząc na to, że pozostałych posłów nie będzie i głosowanie będzie po ich myśli.
To jednak jest demokracja – większość to większość.
Z pewnością jest to nieeleganckie i rozbija jedność.
Poseł mówiła też o panu Romowiczu: „otrzymał funkcję pierwszego przewodniczącego, a w poniedziałek okazało się, że jest on skazany prawomocnym wyrokiem". I rzeczywiście taki wyrok został wydany.
Pan Romowicz jako człowiek popełnił błąd, używając kilku za mocnych słów. Każdy może to przeczytać i ocenić, na ile te słowa były szkodliwe lub godzące w czyjeś dobro. Faktem jest jednak, że sąd tak to ocenił, a sądy są po to, by to robić, i nie ma co z tym dyskutować. To był błąd ludzki, ale tylko ten, kto nic nie robi, nie popełnia błędów. Ja wierzę w niezawisłość sądów.
Od dłuższego czasu pojawiały się głosy, że Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest bardzo trudna w relacjach. Czy tak rzeczywiście jest?
Faktów, które o tym świadczą, nie ma, są tylko znowu jakieś odczucia. Pani Pełczyńska-Nałęcz to osoba konkretna i stanowcza, co nie wszystkim się podoba. Mimo przeciwności, w tym opozycji ze strony premiera Tuska, broni swojego zdania i swojej partii. W przeciwieństwie do pani Hennig-Kloski, pani Pełczyńska utrzymuje swoje zdanie i koloryt partii.
Czy w koalicji nie trzeba czasami umieć ustępować?
Ale to się tyczy koalicjantów, nie tylko jednego z nich. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest osobą wyrazistą i to się wielu nie podobało i dalej nie podoba. Polska 2050 od początku swojej działalności podkreślała swoją podmiotowość i niezależność
Dlatego odeszła pani Burkiewicz jak i inni?
Odeszli z powodu sporu personalnego, ale przede wszystkim z powodu emocji, która nimi targały. Nie są one niestety poparte logicznymi argumentami. Emocje bardzo często są doradcą, ale jeśli ktoś w swoim życiu prywatnym czy zawodowym kieruje się głównie emocjami, to niestety zazwyczaj nie prowadzi to do niczego dobrego.
Dziękuję za rozmowę
Komentarze (0)