Reklama

Jak było na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej? - opowiada Wojciech.

Opublikowano:
Autor:

Jak było na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej? - opowiada Wojciech. - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Idea Ekstremalnej Drogi Krzyżowej staje się coraz popularniejsza, o czym świadczy rosnąca liczba uczestników. Każdy idzie z własnym bagażem doświadczeń i intencji, aby podczas nocnej wędrówki zmierzyć się ze sobą i spotkać z Bogiem.

Wojciech Jaworski był już po raz trzeci na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Po raz pierwszy namówił go szwagier, a potem poczuł, że warto przeżyć coś niezwykłego, warto raz w roku poświęcić się, przejść taką trasę i doświadczyć czegoś, czego się na co dzień nie udaje doświadczyć.

Doświadczyć czegoś niezwykłego

Nie było żadnych specjalnych przygotowań, zresztą sama idea Ekstremalnej Drogi Krzyżowej polega na tym, że wychodzi się w piątek wieczór. - To ma być taka prawdziwa droga krzyżowa, wychodzisz zmęczony po całym dniu, kiedy chciałoby się położyć w ciepłym łóżku, i mierzysz się ze sobą - opowiada Wojciech Jaworski. Chodzi też o to, żeby iść w samotności, a jeżeli idzie się w grupie, to są zalecenia, żeby nie rozmawiać i nie robić z tego wycieczki. Każdy powinien iść z własnymi myślami – mówi.

Uczestnicy EDK otrzymują od organizatorów mapy ze stacjami drogi krzyżowej, które są wyznaczone w określonych miejscach, na przykład w jakimś kościele czy przy przydrożnym krzyżu lub kapliczce w lesie. - W tych miejscach odmawiamy poszczególne stacje drogi krzyżowej, ostatnia z nich jest w miejscu docelowym – opowiada Wojtek. - My akurat czytaliśmy sobie rozważania indywidualnie, ale czasem jest tak, że ktoś z grupy czyta na głos albo uczestnicy odsłuchują rozważania z wcześniej przygotowanych nagrań. Oczywiście do czytania potrzebna była latarka, bo tylko pierwsza stacja była przy świetle – dodaje.

Trasy przebiegają zwykle dość daleko od głównych dróg. Tylko z początku uczestnicy idą ulicami miasta, a później już teren bywa trudny i uczestnikom zdarza się zabłądzić. – Miejsce, w którym się zgubiliśmy, było opisane w przewodniku z trzema wykrzyknikami, to znaczy, że trzeba tam bardzo uważać. Punktem orientacyjnym była drabinka przy szkółce leśnej, przy której trzeba było skręcić. Myśmy to przegapili, ale na szczęście szedł przed nami ktoś, kto chyba też się zgubił, bo w pewnym momencie ślady po śniegu prowadziły na przełaj przez las. Szliśmy po prostu po tych śladach i w ten sposób udało nam się trafić.

Ekstremalna pogoda

W tym roku pogoda sprawiła niemiłą niespodziankę uczestnikom EDK. – Najgorszy był pierwszy odcinek, kiedy śnieg padał prosto w twarz, podłoże było jeszcze miękkie, a już się tworzyły zaspy – mówi Wojtek.

- Prognozy pokazywały, że w najzimniejszym momencie będzie minus 5 stopni, a to nie jest żaden dramat, dlatego nie myślałem o wycofaniu się. Choć co prawda dokuczliwość pogody trochę przerosła moje wyobrażenie, ale przecież chciałem, żeby było ekstremalnie. Zabrałem ze sobą cieplejsze ubranie i drugie buty na zmianę. Bardzo się przydały - mówi Wojtek. - Początkowo chciałem iść w płytkich butach i miałem nadzieję, że uda się może pół trasy w nich przejść. Ale już przy pierwszej stacji były przemoczone i pełne wody. Z mrozem radziłem sobie w ten sposób, że starałem się iść w miarę szybko. Miałem też ze sobą okulary i kijki. Zimno było najbardziej dokuczliwe tak do połowy trasy, później już tak bardzo nie dokuczało. Moje przemoczone spodnie zamarzły, zrobił się z nich sopel i już więcej nie przemakały - dodaje.

Nie każdemu się udaje

Nie wszyscy uczestnicy docierają na wyznaczone miejsce na czas, czyli na poranną mszę św. Są też sytuacje, kiedy trzeba zakończyć marsz przed końcem trasy.

- Wyszliśmy w grupce czterech osób znajomych. Do celu dotarliśmy z kolegą Jarkiem, pozostali musieli zejść z trasy. Ale najważniejsze jest to, że ktoś szedł tyle, ile mógł i na ile mu zdrowia starczyło. Nieważne, czy to jest jedna, trzy czy dziesięć stacji, ważne, że ktoś podjął wyzwanie - twierdzi nasz rozmówca. - Do Pacanowa dotarliśmy na 6.50. Przed nami było jakieś cztery- pięć osób, jeszcze przed mszą dotarło parę kolejnych, a na koniec nabożeństwa było nas około 20 - 30 - dodaje.

Ideą drogi krzyżowej jest samotność i zdanie się tylko na siebie. Uczestnicy nie liczą więc na pomoc mieszkańców po drodze, choć takie gesty czasem się zdarzają. Ludzie postrzegają EDK trochę jak pielgrzymkę i zdarza się, że w środku nocy wychodzą z gorącą herbatą czy kawą. Organizatorzy zaznaczają jednak, że jest to wbrew idei.

Zrozumieć Drogę Krzyżową

Zaleceniem organizatorów jest, aby każdy z uczestników niósł ze sobą krzyż. - Miałem ze sobą mały krzyż, który już trzeci rok ze sobą noszę – mówi Wojtek. - Nawiasem mówiąc, złamał się na samym początku, więc naprawiłem go przy pomocy taśmy klejącej i z takim prowizorycznym krzyżem szedłem - dodaje.

Niektórzy pragną jednak, żeby było jeszcze trudniej. - W zeszłym roku byłem z kolegą, który założył sobie jeszcze do tego post – wspomina Wojtek. - Rano zjadł śniadanie, w pracy tylko napił się herbaty, nie jadł nawet obiadu i wyruszył na drogę krzyżową. Przez całą noc pił tylko wodę - opowiada.

Co daje przejście takiej drogi krzyżowej? Czy to tylko ciekawa przygoda, czy jednak znacznie więcej?

- Względy religijne są tutaj najważniejsze, bez tego nie miałoby to sensu – odpowiada na to pytanie nasz rozmówca. - Można doświadczyć tego, czego na co dzień nie widać, a co jest właściwie w zasięgu ręki. Zobaczyliśmy znane przecież miejsca w zupełnie innym świetle. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile jest miejsc kultu religijnego, kapliczek w lesie, figurek świętych. To jest dobytek naszego chrześcijaństwa, które tworzyło się przez wieki - zaznacza.

Jak podkreśla nasz rozmówca, niezwykłe jest samo obcowanie z przyrodą w nocy, kiedy jest się samemu w jakimś odległym miejscu, gdzie w zasadzie można iść tylko do celu.

- Kiedy organizm zaczyna odmawiać posłuszeństwa, wtedy doceniasz to, że w domu masz ciepłe łóżko, ciepłą wodę pod prysznicem i zaczynasz zdawać sobie sprawę, że człowiek ma pewne ograniczenia, których się jednak nie da przeskoczyć. Trzeba oczywiście zachować w tym wszystkim rozsądek, nie chodzi o to, żeby ryzykować - dodaje. - Ci, którzy widzieli, że nie dadzą rady, sami rezygnowali. Nie chodzi o to, żeby przejść za wszelką cenę te 14 stacji, bo dla niektórych już dojście do trzeciej stacji jest wyzwaniem. Dzisiaj żyjemy w takich czasach, że ułatwiamy sobie wszystko. Kiedy trzeba zdobyć pożywienie, największym wysiłkiem jest pchanie wózka w sklepie, żeby gdzieś pojechać, największym trudem jest dojście do samochodu lub przystanku. Żeby sobie wyobrazić trud Chrystusa, trzeba włożyć też swój trud – podkreśla. 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE