Mój mąż, Tomek, ma czasem genialne pomysły. Takie, które w praktyce kończą się katastrofą...
Był początek czerwca, kiedy Tomek wrócił z pracy z rozpromienioną twarzą i oznajmił:
– Kochanie, mam pomysł! W tym roku jedziemy na wakacje do hotelu z basenem w Chorwacji i... zabieramy moich rodziców! Pomyśl sama: mama uwielbia wnuki, tata chętnie z nami pojedzie, a oni wezmą na siebie połowę opieki nad bąbelkami. W końcu odpoczniesz, poczytasz książkę, leżaczek, drink z palemką... Czysty relaks!
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
– Tomek, czy ty na pewno mówisz o twojej mamie, która uważa, że każde zjedzenie lodów przez dzieci to prosta droga do zapalenia płuc, i o twoim tacie, który rusza się z kanapy tylko po to, żeby przynieść kanapki, zrobione zresztą przez tą twoją mamę?
– Eeee tam, marudzisz! Stęsknili się za wnukami, a one na wyjeździe będą miały pełną uwagę dziadków. Zobaczysz, będziemy mieli wakacje marzeń!– machnął ręką.
I dałam się namówić. O, naiwna ja!
Wielkie nadzieje
Pakowanie wyglądało jak operacja wojskowa. Trzy walizki, wózek, tona zabawek plażowych, koła ratunkowe w kształcie flamingów, zapas pampersów i leków na każdą ewentualność (w tym połowa apteki teściowej). Teść zapakował do bagażnika swój ulubiony składany leżak (bo "te hotelowe to są za niskie na jego kręgosłup"), a teściowa, pani Maria, wzięła trzy torby prowiantu "na drogę", jakbyśmy jechali na Syberię, a nie do hotelu z wyżywieniem all-inclusive.
Podczas dwunastogodzinnej podróży samochodem Tomek triumfował:
– No widzisz? Z rodzicami w podróży raźniej. Tata prowadził przez dwie godziny!
Tylko przemilczał fakt, że przez pozostałe dziesięć ja siedziałam z tyłu między dwójką rozwrzeszczanych dzieci, rozdzielając chrupki kukurydziane i piosenki z "Krainy Lodu" w zapętlonej wersji.
Rajski hotel i... nagły podział ról
Dotarliśmy na miejsce. Hotel okazał się przepiękny – palmowe aleje, wielki basen z błękitną wodą, bar serwujący zimne drinki tuż obok leżaków.
Pierwszego ranka po śniadaniu stało się jasne, jak będzie wyglądać nasza "wspólna opieka nad dziećmi".
Stoję w holu hotelowym, obładowana torbą plażową, z ręcznikiem na ramieniu, w jednej ręce trzymając trzyletniego Leona, a drugą próbując powstrzymać pięcioletnią Maję przed wskoczeniem do fontanny. Nagle odwracam się w stronę basenu i co widzę?
Mój mąż Tomek oraz teść Stanisław, ubrani w identyczne markowe okulary przeciwsłoneczne (kupiona na bazarze), z rozłożonymi ręcznikami na leżakach tuż przy samej wodzie, zamawiają właśnie po espresso i lokalnym piwku.
Podeszłam do nich ledwo żywa, z piosenką z „Krainy Lodu” wciąż dźwięczącą mi w głowie.
Tomek zerknął na mnie z uśmiechem, sącząc piwko:
– O, kochanie! Widzisz, jakie super leżaki załatwiliśmy?
Zanim zdążyłam wydusić z siebie choćby słowo o obiecanej książce i drinku z palemką, za moimi plecami wyrosła teściowa. Kobieta złotego serca, która dla wnuków oddałaby ostatnią koszulę, ale jednocześnie głęboko wierząca w tradycyjny podział ról społecznych rodem z ubiegłego wieku. Albo jeszcze poprzedniego.
Mówiąc z czułym uśmiechem, delikatnie wyjęła mi z ręki torbę plażową i popchnęła mnie w stronę brodzika.
– Aniusiu, zróbmy tak: – zaczęła z tą swoją poczciwą, matczyną troską w głosie. – My z tobą weźmiemy dzieci do małego baseniku, żeby się nie przewróciły, a chłopakom dajmy spokój. Znasz przecież swojego męża i Staszka. Pokaż mi jednego mężczyznę, który potrafi przypilnować trzylatka!
– Mamo, ale Tomek obiecywał, że oni przejmą połowę opieki... – jęknęłam cicho.
Maria machnęła ręką i pogłaskała mnie po ramieniu jak małe dziecko, patrząc na mnie z rozczuleniem:
– Oj, Aniusiu, ty taka naiwna jesteś! Przecież chłop do dzieci się nie nadaje, jeszcze by który do głębokiej wody wpadł i byłby płacz. Staszek w życiu Tomkowi pieluchy nie zmienił i wyrósł na chłopa jak dąb! Oni są od poważnych spraw: kierowania autem, pilnowania leżaków i przynoszenia frytek. Zobaczysz, my ze wszystkim damy radę same, w końcu jesteśmy matkami!
Przez kolejne dni tak wyglądał nasz „wymarzony relaks”
Z jednej strony byłyśmy my – ja i Maria. Teściowa dbała o nas na swój własny, przeuroczy sposób: co pięć minut smarowała mnie i dzieci kremem z filtrem, wciskała nam drożdżówki przemycone ze śniadania i biegała za Mają, krzycząc: „Nie skacz do wody, bo cię przewieje!”. Była wspaniała, pomocna i bezinteresowna, ale...
Z drugiej strony basenu kwitło natomiast męskie braterstwo. Tomek z teściem Staszkiem tworzyli zgrany duet. Leżeli na leżakach, tocząc pasjonujące dyskusje o mechanice samochodowej, lokalnej pogodzie i cenach arbuza.
Od czasu do czasu teść wstawał, podchodził do brodzika w swoich sandałach i skarpetkach, patrzył na nas z dumnym uśmiechem i rzucał:
– No, dziewczyny! Widzę, że pięknie sobie radzicie! Maria, podaj no ten wafelek, bo z Tomkiem zgłodnieliśmy od tego słońca.
Pani Maria natychmiast z promiennym uśmiechem wyciągała z torby przekąskę i podawała mężowi:
– Masz, Stasiu, jedz, bo głodny będziesz marudny.
A potem odwracała się do mnie i szeptała z satysfakcją:
– Widzisz, Aniusiu? Widzisz, jaki Staszek zadowolony? Dobrze, że ich tą opieką nie obciążamy, bo by nam tylko marudzili i zepsuli cały wyjazd!
Owszem, z tych wakacji nie przywiozłam opalenizny na plecach (bo spędziłam je na kucaka przy brodziku), nie przeczytałam ani jednej strony książki, a jedynego drinka z palemką wypiłam w pięć sekund, gdy mały na chwilę zasnął w wózku.
Ale kiedy ostatniego wieczoru siedzieliśmy na tarasie, a Tomek objął mnie i powiedział z zachwytem:
– No i jak, kochanie? Nie mówiłem, że z rodzicami będzie idealnie? Zobacz, jak wyciągnęliśmy mamę z domu, jak odpoczęłaś! – pani Maria tylko puściła do mnie oko sprzed talerza z arbuzem i szepnęła:
– Nie uświadamiaj go, Ania. Niech żyje w nieświadomości. Najważniejsze, że chłopy zadowolone, a myśmy przynajmniej przypilnowały, żeby dzieci nie pojadły zimnych lodów!
I jak tu się na nich gniewać?
Komentarze (0)